Kto?
Kiedy?
Komentarze
Polubienia

Irmina Mazurek

Czytaj więcej

Majorka na dziko!

W długi weekend sierpniowy (15-18.08.2019) wybrałam się z kumpelą na Majorkę.

Loty z Berlina do Palmy w dwie strony kosztowały 180 zł/osoba. Koszt oceniam na umiarkowanie niski z uwagi na to, iż cena zawierała bagaż podręczny, a lot odbywał się od czwartku do niedzieli (długi weekend) i to w szczycie sezonu. Loty na Majorkę są nawet za kilkadziesiąt złotych, ale należy brać pod uwagę fakt, iż są one głównie poza sezonem i wypadają w środku tygodnia (dla osób, które kalkulują każdy dzień urlopu to ważne;P).

Transport Poznań – Berlin 40 zł (bla bla car), Berlin – Poznań 0 zł autostop.

Transport z i do lotniska na Majorce z papcia za pomocą maps.me, koszt: 0 zł

Transport po Majorce za pomocą autostopu, koszt: 0 zł.
Podróżowanie po Majorce autostopem należy do łatwych i bardzo przyjemnych zadań, nie obawiajcie się:)

Nocleg: skarpy nad morzem z pięknymi zachodami słońca, pierwszy nocleg nieopodal Palmy, kolejne na fenomenalnym szlaku GR 221 (odcinek Deia – Soller), na szlaku świetne miejscówki do odpoczynku, piękne widoki, biwakowanie teoretycznie zabronione ale jak tylko słońce zachodzi pojawiają się lokalsi i rozbijają namioty i rozpoczynają zabawę:) poza tym szlak jest oddalony od miast, dlatego ciężko tam trafić na kogoś kto wypisze Ci mandat:) koszty: 20 eurasów za namiot zakupiony w położonym niedaleko lotniska Decathlonie oraz śpiwór 10 eurasów. Temperatura w sierpniu w nocy to 25 stopni także sama przyjemność.

Koszty jedzenia i picia około 30 eurasów/osoba.

Łącznie za 4 dni na Majorce, w środku sezonu koszt na osobę to około 450 zł:)

Powodzenia:)

 

 

 

Kiedy?

15.08.2019

Michał Dudek

Czytaj więcej

W pogoni za blamażem

Cześć, dzisiaj chciałbym Wam przybliżyć moja podróż na Mistrzostwa Świata 2018 w Rosji. Nie jestem podróżnikiem, ale po wspaniałych przeżyciach we Francji (wygrany po karnych mecz Polska – Szwajcaria w Saint-Étienne) obiecaliśmy sobie z chłopakami, że mundialu nie odpuścimy.


Jednak dwa lata później do samego wyjazdu zabierałem się jak pies do jeża. Będąc szczerym w pewnym momencie już odpuściłem.
Kilka dni przed pierwszym meczem Polaków, widząc jaka się tworzy atmosfera, postanowiłem. Jadę, choćby nie wiem co. Bilet na mecz to najmniejszy problem, wizę udało się załatwić dzięki uprzejmości kolegi (dzięki Oski), pozostał jedynie transport a na bilety lotnicze nie było co liczyć. Hubert dał mi namiar na ekipę z Łodzi, która jechała na pierwszy mecz Polski w Moskwie. Nie znaliśmy się, ale jak Widzew, to dobre chłopaki.
Zastanawiałem się czym będziemy jechać. Jednak to 15 godzin jazdy. Ku mojemu zdziwieniu przyjechała trójka facetów w nowej audi a5. Jechaliśmy we wspólnym celu, jak nam się wtedy wydawało- podbić Moskwę (znacie te dziennikarskie pompowanie balonika? analogie? Lewandowski w życiowej formie, 100 lecie niepodległości, kiedy kurwa jak nie teraz). Złapaliśmy wspólny język i pędzimy cała na przód. Pierwsza granica w Brześciu, nie zapomnę tego dialogu nigdy. Kierowca do swojego przyjaciela obok:
– Nooo ciekawe czy nas puszczą…
– jak to?
– nie przerejestrowałem auta jeszcze.
– Ty Ulungu.

Jak się nie trudno domyślić, Celnik zareagował tak samo jak i my. Byliśmy jednak zdeterminowani, 0.7 rudej na ochłoniecie z emocji i wracamy do Łodzi po samochód z ważnymi papierami. Volvo ’02r. Nim się zorientowałem po 11 godzinach w tym samym miejscu, strażnik nie zdążył zrobić zmiany. Musieliśmy trochę odczekać, ale tym razem jedziemy dalej.
Kiedy po 30 godzinach dojechaliśmy do Moskwy, okazało się, ze nasze mieszkanie z booking.com zostało komuś wynajęte. W takim przypadku pośrednik ma obowiązek znaleźć coś zastępczego. Jak się domyślacie, byliśmy na styk, dlatego sytuacja robiła się coraz mniej zabawna. Postanowiliśmy odebrać klucze i niemalże z marszu wyrobić potrzebne dokumenty (fan ID). Plac czerwony i kilka tysięcy Polaków. Co za atmosfera przed stadionem – cudo!

Niestety, na meczu nie było tak kolorowo. Thiago Rangel Cionek i mamy 1:0. Dla Senegalu… Nie chce się skupiać na tym co wydarzyło się na boisku, w końcu to serwis podróżniczy, a sam nie chce do tego wracać.
Faktem jest to, ze Polacy przegrywają swój pierwszy mecz z Senegalczykami, Rosja tego samego wieczoru wygrywa swój drugi mecz i jako pierwsza drużyna awansuje do następnej fazy pucharowej z bilansem 8:1. Osiem strzelonych bramek, jedna stracona (kiedyś byłem na wykładzie Huberta na UW, 90% sali wypełniały dziewczyny, pisząc o footballu będę starał się robić to przejrzyście). Co to była za feta, miasto oszalało! Ludzie wychodzili z domów, wystawiali głowy, flagi i szaliki przez okna samochodów. My, w nieco innych nastrojach. Dość stłumieni postanowiliśmy się napić. Wódki. Najlepiej dużo. Tego dnia, właściwie następnego, robiło się już jasno. Zorientowałem się ze zostałem z Rosjanami, którzy nie chcieli kończyć tak szybko tego poranka. Postanowili mnie oprowadzić po mieście i jeszcze raz znalazłem się w pobliżu Placu Czerwonego. Wróciłem taxówka, kierowca nie chciał żadnych pieniędzy (może oglądał mecz Polaków). Po przebudzeniu moi sympatyczni towarzysze podroży z Łodzi zgodnie z ustaleniami wracają do kraju. Powiem szczerze, czułem ogromny niedosyt. Sportowy, społeczny i kulturowy.
Chłopaki, ja zostaję. Wracajcie sami.
Mimo, ze Moskwa jest ogromna to znalezienie w czasie mundialu noclegu graniczyło z cudem. W takich momentach odzywam się do Huberta „Wez mnie ogarnij nocleg plssssss” brzmiała wiadomość na WhatsApp. Tu muszę opowiedzieć tę historię i nie jest to krypto reklama. Hubert po przyjeździe do hostelu kiedy się rozliczał dostał kilka tysięcy rubli za dużo reszty, uczciwy Hubcio zwrócił nadwyżkę w ręce właściciela – czy można zacząć lepiej znajomość? Ta scena, pisana z klawiatury osoby zaprzyjaźnionej z Hubertem na jego stronie brzmi tak banalnie, że gdybyśmy się z nimi nie za kumplowali i nie odwiedzili Nas w Warszawie to bym o tym nawet nie wspominał.
Kilka następnych dni to świetnie spędzony czas, szczególnie utkwiła mi w pamięci noc kiedy zapytaliśmy się właściciela motelu gdzie w okolicy można dobrze i lokalnie zjeść. Zadzwonił do kumpla i sam nas tam zawiózł. Oprócz telebimu z meczami, sytego żarcia dostaliśmy w prezencie dzbanek i paletę zagryzek (słoninka, czosnek, wędlinka te sprawy). Nie, nie było tam herbaty. Kiedy uporaliśmy się z trunkiem, właściciel hostelu czyli Anton przyjechał po nas i postanowił pokazać nam Moskwę taką jaką jest na prawdę.
Na początku zapytał czy nie chcemy strzelić piwka do podróży, bo może nam się trochę zejść. Moskwa jest naprawdę spora. Jasne stary, ale już wiemy ze jest prohibicja od 22.00. Rano chętnie wypiję, nawet z puszki. Zapomniałem, że tam gdzie prohibicja tam i czarny rynek. 10 minut później byliśmy w trasie a poziom alkoholu nie spadał. Poznawaliśmy stolice, zarówno tą bogatą i tą pełną absurdów. Do czwartej nad ranem. Wracając śpiewaliśmy piosenki, raz Polskie, raz Rosyjskie. Z Hubertem mieliśmy już opanowany repertuar z naszych wywczasów na Czarnym Lądzie. Swoja droga, czy ktoś z Was wiedział ze zespół Łzy stworzył wersje Rosyjską takich hitów jak choćby Agnieszka? Nasi towarzysze (może to nie najlepsze określenie, ale nie mogłem się powstrzymać) ze wschodu nie rozumieli ani słowa z piosenek polskich artystów lat 2000. Ciekawe dlaczego nie podbili tego rynku… Anton nie zgodził się, żebyśmy chociaż zatankowali samochód. Nie tylko Rosjanie byli serdeczni, atmosfera mundialu udzielała się wszystkim.
Jak bardzo był to nieprzewidywalny pod względem sportowym mundial niech świadczy anegdotka którą opowiedział nam Brazylijczyk mieszkający ścianę od nas. Wraz z grupa ok. 45 znajomych założyli grupę (obstawianie wyników meczów. Za każdy dobry traf dostawali punkty). Wejście 100$. w Puli jak łatwo policzyć 4500$. Pierwsze miejsce miała jego kobieta, która… nie interesowała się piłką. Rozstania nadszedł czas…


… a następna stacja to Kazań – można było się tam dostać np. pociągiem w niecałe 14h. Nie jest to podróż koleją Transsyberyjska, ale w przedziale z kuszetkami można poczuć zalążek takiej trasy. Jechałem w nocy, Moskwę odsypiałem. W Kazaniu czekał już na mnie Hubert.

Tutaj opowiem Wam kolejną historię – właściwie jestem Wam ją winien. ponieważ Hubert jak zwykle załatwił mi nocleg. Nocleg który opłacił z poleceń, Waszych poleceń. Kiedy zobaczyłem wejście do tej noclegowni miałem ambiwalentne odczucia. Z jednej strony darowanemu koniu w zęby się nie zagląda, z drugiej zaś, są pewne granice. Z reszta… Zobaczcie sami:




W środku nie było źle, klasyczna meblościanka i żadnych owadów ani insektów. Miasto ok 2milionowe z ładnym centrum. Na mecz szliśmy z wiara w zwycięstwo.

Niestety- Kolumbijczycy nie dali nam żadnych szans. Przejechali się po nas jak walcem. Klepali nas jak mokre żyto. Tym samym było jasne – Mundial nie dla nas. Wtedy byłem przekonany, że nic gorszego ze strony sportowej nas nie może spotkać(hah). Hubert po meczu miał pociąg i samolot, ja na swój powrót musiałem kilka dni poczekać. Postanowiłem bardziej zaznajomić się z miastem i lokalna kulturą. I tu uwaga, mam dwie wskazówki dla Panów podróżujących za wschodnią granicą:

Po pierwsze, nie radzę wchodzić w dyskusję z Rosjanami na temat drugiej wojny światowej- to nie ma sensu.
Po drugie, KOLEGA KOLEGI umówił się z uroczą studentką z Tatarstanu. To, że studiuje, nie gwarantuje pełnoletności.

Idąc na pociąg lekko spóźniony (ja to proszę Pana mam bardzo dobre połączenie. 14h pociągiem do Moskwy, tam już samolotem do Mińska, krótka przesiadka i jestem w Warszawie) zorientowałem się, że nie mam rubli ani dolarów. Nie spodziewałem się terminala w pociągu. Z resztą nawet nie miałem okazji się przekonać. Wchodząc głodny do przedziału bez butelki wody, na peron w Moskwie wyszedłem najedzony i napity. Wybredni mogli by pokręcić nosem na suchą pajdę chleba i jajka od gościa, który wraca z zabiegu po przestrzeleniu kolana. Jednak picia nie brakowało. Mało tego, ludzie w moim przedziale wyciągnęli butelkę Jacka Danielsa Gentleman pytając mnie czy się obraziłem na nich, bo zmieniłem przedział. Miałem wrażenie, że jeszcze przez kilka dni w tym pociągu bym nie zginął.
Podsumowując i wnosząc trochę powagi do powyższego tekstu. W 2012r kiedy to Polska wraz z Ukrainą organizowały euro, do sieci trafił film gdzie na stadionie we Wrocławiu kilku z dziesiątek tysięcy Rosjan zaatakowali Stewarda. Następnie byłem naocznym świadkiem dantejskich scen na moście Poniatowskiego przed meczem Polska-Rosja (nieopodal strefa kibica mieszcząca 100tys Polaków). W otoczeniu czy w rodzinie nigdy nie mówiło się o dobrych stosunkach z naszymi wschodnimi sąsiadami 🙂
Wierzcie lub nie, ale jechałem tam z nastawieniem, że może wydarzyć się wszystko. Nie wiedziałem na co się szykować, ale z pewnością nie na ciepłe przyjęcie. Rzeczywistość okazała się z goła inna, być może ktoś stwierdzi, ze od górny przekaz był właśnie taki, żeby poprawić wizerunek tego Państwa, ale relacje międzyludzkie zostaną. Kolejny raz okazało się, ze strach ma wielkie oczy, a Rusek nie taki daleki jakby się mogło wydawać. Mimo, ze decyzją Putina wizy zostały przedłużone po Mundialu do końca roku, nie udało mi się zwiedzić Sanka Petersburga 😞 (I will be back)
Tego samego roku zimą, Anton z kolegą byli przejazdem w Warszawie. Oczywiście w rewanżu my chcieliśmy im pokazać jak wygląda życie u nas. Niestety ze względu na spontaniczną informacje i brak możliwości przesunięcia spotkań podzieliliśmy się obowiązkami. Tak jak lubimy, wieczorem ja zabrałem ich na miasto rano Hubert pokazał Warszawę i zapakował im jabłek do bagażnika. Smorodinówkę też dostali 😉
Ostatnie zdania miałem poświęcić na końcówkę trzeciego meczu Polska Japonia. Przepraszam, zwymiotowałem.

Kiedy?

18.06.2018

Michał Gospodarczyk

Czytaj więcej

Kontrasty Europy- EuroTrip with Tips

Masz budżet oscylujący w okolicach 1000zł, ale chcesz zwiedzić tyle ile tylko się da? Ta relacja jest dla ciebie zobacz jak mi udało się zwiedzić pół Europy w taki sposób!

CZĘŚĆ PIERWSZA BELGIA

Dla ułatwienia podzielę tę relację na kilka części także jeśli kogoś interesują tylko dane fragmenty śmiało przewińcie:

Kilka słów o mnie i samych przygotowaniach do podróży

Cześć!

Mam na imię Michał, mam 19 lat i tak jak pewnie większość z was kocham podróżować, zacząłem powoli w wieku 14 lat od kolonii młodzieżowych, aby w wieku 18 rzucić się na głębsze wody lecąc samemu na Majorkę… w styczniu i za bagatela 18zł, ale o tym możecie przeczytać w mojej innej relacji. O samym EuroTripie- przygotowania zacząłem w marcu pisząc do wspaniałej persony która łączy nas wszystkich czyli do Huberta, napisałem, że interesuje mnie budżetowy EuroTrip, wypisałem mu miasta które odwiedziłem oraz bliskie mi lotniska. W ciągu 24h otrzymałem całą listę propozycji, wybrałem tą którą uznałem za najlepszą i obgadaliśmy wszystkie szczegóły. Po wszystkich rezerwacjach pozostało już tylko czekać do wymarzonego 1 sierpnia. Jeśli chodzi o bagaż to do tematu zawsze podchodzę prawie tak samo, 1 plecak bielizna i ubrania na 4 dni, kosmetyczka i kilka innych niezbędnych bajerów które jeszcze się pomieszczą. No i oczywiście najważniejsze czyli Aparat wraz z Gorilla Podem i mikrofonem, wszystko mieści się w torbie na aparat która leci na lotnisku pod przewiaszaną bluzę kierunkiem odwrotnym do Pani na bramkach :D. W wielkim skrócie- na Janusza.

Belgia

No i przyszedł ten dzień, pakujemy się do auta i dostajemy w się na lotnisko w moim wypadku wyruszam dzień przed wieczorem, najpierw na pociąg do Gdańska gdzie przesiadam się do autobusu aby o 5 rano wylądować na lotnisku w Modlinie, lot o 9 bez większych przeszkód dostajemy się na lotnisko w Brukseli-Charleoi oddalonego o jedyne 100km od stolicy, wcześniej zarezerwowałem bilety na autobus kursujący z lotniska do centrum, w dwie strony jest to koszt ~24 euro. Po dostaniu się do centrum szukam najbliższej stacji metra zaopatruje się w bilet 48h na calutką komunikację miejską za ~14euro i jadę do wynajętego pokoju rozpakować się. Przed apartamentem około 3km od centrum wita mnie gospodarz Lee, miły i uprzejmy starszy Pan który pokazuje mi pokój oraz jego sekret czyli magiczny zamek :D. Dobre 15 minut zajęło mi zrozumienie sekwencji otwierającej ten zamek, klucz wkładamy odwrotnie następnie kręcimy go 2 razy na godzinę 17:00 po czym wracamy do startowego ustawienia i ciągniemy do siebie aby następnie popchnąć. Jakimś cudem zapamiętuję i rozpakowuje się w pokoju, jak za 218 zł za 2 nocę, nic dodać nic ująć jest wszystko co trzeba z zachowaniem prywatności. Sam pokój możecie zobaczyć w moim filmie z tej części EuroTripa który znajduje się na końcu tej części.

Wyruszam na kilka godzin na miasto zwiedzić kilka z setek czekających na mnie atrakcji, tutaj nie będę się zbytnio rozwijał zdjęcia zrobią to za mnie 🙂

Jedna z wielu stacji metra

Stacja metra 100m od mojego mieszkania

Parc de Bruxelles wraz z Pałacem Królewskim

     

Widok na kościół Notre-Dame du Sablon

Widok na centrum miasta

Brama stworzona ze starych rowerów

Park Sztuki

Czołowe atrakcje rynku     

 

Zabytkowy budynek jednego z banków

Ratusz

Jeden z setek wszechobecnych murali

Mało kto wie że poza sikającym chłopczykiem(Manneken Pis) i dziewczynką (Jeanneke Pis) Bruksela posiada także sikającego psa – Zinneke Pis

Dzień 2

Dzień drugi wyszedł trochę spontanicznie, chciałem zobaczyć przepiękny zamek Gravensteen, znajdował się on w oddalonej o 100km Gandawie, więc bez wachania za około 20 euro kupiłem pociąg w dwie strony, jak się później okazało była to jedna z lepszych decyzji. Po prostu zakochałem się w tym mieście! Zobaczcie dlaczego nazywają ją Wenecją Północy!

Przez jedną z głównych ulic starówki- Korenmarkt w jednej linii ustawia się czołówka zabytków- Ratusz, Kościół Św. Mikołaja, Wieża Belfort, i Katedra Św. Bawona

Wiedziałem, że w Wenecji nie będę mógł pozwolić sobie na rejs gondolą (80 euro), więc sprawiłem sobie godzinny rejs po innej Wenecji za dziesięciokrotnie mniejszą sumę 🙂

  

Dzień 3

Na ostatni dzień w Belgi zostawiłem same smaczki- Parlament Europejski, najpiękniejszy park Brukseli czyli Cinquantenaire oraz Atomium, korzystając z każdego możliwego transportu nawet hulajnogi Lime udało mi się zdążyć na 14 na autobus do lotniska gdzie o 17 czekał już na mnie samolot do punktu kulminacyjnego EuroTripa czyli Wenecji.

Podsumowanie kosztów:

-lot 80zł, nocleg 218zł, transfery 104zł, komunikacja miejska 47zł obiady 85zł

razem belgia :534zł

Cała Belgia w moich filmach w których opowiadam więcej szczegółów, smaczków i widoczków 🙂

Zachęcam także do odwiedzenia mojego FB oraz Instagrama:

https://www.facebook.com/TurystycznySwir/

https://www.instagram.com/limek_travel/

Kolejna część za 2 tygodnie aby nie robić spamu

Kiedy?

01.08.2019

Jarek Kowalski

Czytaj więcej

Ciekawe miejsca w Lizbonie – co warto zobaczyć w tydzień

Ciekawe miejsca w Lizbonie to według nas niekoniecznie takie, które znajdziecie we wszystkich przewodnikach i tekstach w internecie. Staraliśmy się odnaleźć jak najwięcej miejsc mniej popularnych, które czekają na swój czas i odkrycie. I chociaż w tym poradniku polecamy Wam zestaw miejsc do obejrzenia i lepszego poznania na tygodniową podróż to powiedzmy sobie to jasno. Tydzień w Lizbonie to za mało. To pierwsze co wiemy po spędzeniu kilku dni w tym mieście.

Wciąż czujemy gigantyczny niedosyt. Ale nie poznalibyśmy wielu z tych ślicznych miejsc gdyby nie przewodniczki, zakochane w Lizbonie – które znajdziecie przez stronę Sekrety Lizbony. Dziewczyny mieszkają w stolicy Portugalii od lat. Czuć, że znają i kochają to miasto i znają o nim mnóstwo smaczków. I właśnie tego nam było trzeba. Zacznijmy więc od największego hitu w Lizbonie, o którym nie pisze się w prawie żadnych poradnikach.

Hospital de Bonecas czyli jedyny w Europie szpital dla lalek

Na jednej ze ścian Placu de Figueira jest niepozorna witryna. Prowadzi do najstarszego i jedynego obecnie w Europie Szpitala dla Lalek. Jest on prowadzony nieprzerwanie od 1830 roku przez jedną i tę samą rodzinę. A po kamienicy, gdzie obecnie znajduje się szpital i muzeum, oprowadza gości Manuela Cutileira. To nie jest zwykłe miejsce dla zwykłych, lalek. Trafiają tu lalki wyjątkowe, często okazy kolekcjonerskie, wykonane z porcelany, drewna czy masy papierowej. Na samym dole zobaczyliśmy lalki po hospitalizacji. Są piękne, sprawne, odświeżone. Później Manuela prowadzi na piętro do pracowni i muzeum. Tam możemy zobaczyć te najcenniejsze okazy, którym poświęca się mnóstwo pracy. Bo technologie wykonywania lalek się zmieniały, więc sposób naprawy trzeba dostosować do tych zmieniających się czasów. Lalki otrzymują nową rączki, nóżki, oczy. Czasem peruki czy całe ubranka. Do Lizbony trafiają lalki z całego świata, tysiące lalek. My widzieliśmy lalki z USA, z Niemiec czy Izraela. Na piętrze tej pokaźnej kamienicy można zobaczyć historię lalek oraz to jak różne mają rysy twarze w zależności od kraju, z którego pochodzą. Miejsce jest naprawdę magiczne a Manuela Cutileria to przemiła osoba. Muzeum można odwiedzać codziennie w godzinach od 10.30 do 12.30 i później od 15.30 do 17.00. Wstęp kosztuje 2.5 euro.

Alfama, która pachnie praniem

Alfama to jedna z najpiękniejszych dzielnic Lizbony. I to nie tylko naszym zdaniem. To również najstarsza dzielnica, która jako jedyna po trzęsieniu ziemi z 1755 roku zachowała swój pierwotny układ ulic. Tutaj odkryto pierwsze źródła znakomitej wody, które pozwoliły na rozwój miasta. I właśnie na Alfamie rozwijała się współczesna Lizbona. A jako, że właśnie tu była woda, to miejscowe kobiety korzystały z tego trudniąc się praniem na zlecenie. Na Alfamie można spotkać jeszcze ostatnie publiczne, klasyczne pralnie. Więc gdy jesteście na Alfamie zwróćcie uwagę na liczne sznurki, z porozwieszanymi rzędami schnących koszul i spodni. I to czego nie odda żadne zdjęcie czyli film. To właśnie zapach Alfamy czyli miks prania, ulicy, pomarańczy, słońca i ginghja.

Calcada da San Francisco – najbardziej stromy na świecie, podjazd klasycznych tramwajów

Historia tramwajów w Lizbonie jest niemal tak długa jak historia miasta po trzęsieniu ziemi. Klasyczne tramwaje stały się wizytówką Lizbony i zdjęcie z takim tramwajem to taki must have z podróży do stolicy Portugalii. Jednak pod koniec XX wieku zlikwidowano 2/3 linii tramwajowych. Jednak później okazało się, że w górzystych częściach miasta takie tramwaje są wręcz niezbędne. Ale czy wiecie, że w Lizbonie znajduje się najbardziej stromy podjazd tramwajowy na świecie? Znajdziecie go na Calcada da San Francisco gdzie tramwaje pokonują stromiznę o nachyleniu 145 promili. Takimi tramwajami jeżdżą głównie turyści…. i kieszonkowcy. Więc oddając się rozkoszy przeniesienie się w czasie nie traćcie do końca głowy.

Ginghja z okienka na Alfamie

Nalewka wiśniowa lub czereśniowa w Lizbonie to kolejny must have. Można jej spróbować w słynnym A Ginjinha koło kościoła de Sao Domingo obok Teatru Narodowego.  Ale naszym zdaniem klimat robi nalewka podawana z drzwi domu lub okien na Alfamie. Oczywiście obowiązkowo dwie wersje – klasyczna i ta z Obidos czyli serwowana w czekoladowym kubeczku. Takich miejsc można szukać na Mourari i Alfamie i ważne by miały swój klimat a ginghja nie była chrzczona wodą.

Zaułek Wesołka

To bardzo ciekawe miejsce na mapie Lizbony. W pstrokatym domu mieszka starszy Pan, nazywany przez mieszkańców Wesołkiem. A miejsce, w którym mieszka, nazywa się Zaułkiem Wesołka. Zupełnie przypadkiem zdarzyło się tak, że w Zaułku zamieszkał człowiek idealnie do niego pasujący. Zawsze uśmiechnięty, pogodnie wita wszystkich napotkanych ludzi. Nie mieliśmy szczęścia na niego trafić ale pooglądaliśmy dokładnie to jak pięknie odmienił Zaułek. Gdy spojrzycie na lokalizację na Google Maps zobaczycie zwyczajną, niczym nie wyróżniającą się kamienicę. Obecnie jest ona jaskrawożółta, rzuca się w oczy na kilometr podobnie jak bananowiec rosnący na wejściu do zaułka. W Zaułku Wesołka jest mnóstwo roślin sadzonych i pielęgnowanych przez Pana Wesołka. Jest też ławeczka  gdzie można posiedzieć i nacieszyć oczy widokiem.

Najstarsze domy Lizbony na Mouraria

Mouraria to kolejna dzielnica Lizbony z klimatem. Tutaj trafiliśmy na najstarsze domy w Lizbonie, które przetrwały trzęsienie ziemi. Jeden znajduje się bardzo blisko Placu Duarte. Charakterystyczne są jego wykusze – typowe dla domów w Lizbonie. Zgodnie z ówczesnymi przepisami domy w Lizbonie musiały być budowane w linii ulicy. Właściciele kombinowali by zyskać na metrażu. Dobudowywali więc wykusz od strony ulicy. I tak gospodarskim sposobem zyskiwali kolejne metry. Najstarszy dom w Lizbonie  jest położony bardzo blisko domu Mari Severa Onofriana, najsłynniejszej portugalskiej fadystki, która żyła w Lizbonie i wyniosła fado do rangi sztuki.

Plac najsłynniejszej fadystki

A skoro już poruszamy temat fado i Mari Severa Onofriana to polecamy odwiedzić miejsce gdzie żyła królowa fado. Była kochanką trzynastego hrabiego Vimioso, bohaterką pieśni i dzieł literatury. Spopularyzowała fado i czarny szal noszony podczas występów. Podobnie jak większość śpiewaczek fado Maria od 12 roku życia była prostytutką. Fado było sposobem na przyciągnięcie klientów. Maria Severa w tawernie Rosária dos Óculos na ulicy Rua do Capelão uwiodła hrabiego Vimioso. Romans hrabiego z prostytutką był na tyle głośnym skandalem, że przy okazji przyczynił się do popularyzacji fado.

Klasyczne domy Mourari

Wyobrażacie sobie domy, w których znajdują się lilipucie mieszkania? Takie właśnie można spotkać w dzielnicy Mouraria. Jest tam domek, który w normalnych warunkach służyłby jednej rodzinie. Zmieściły się w nim trzy mieszkania, każde po niecałe 20 m kwadratowych. Niegdyś autentycznie mieszkały w nich zwykłe rodziny a teraz te maleńkie mieszkanka poszły pod wynajem.

Projekt Camili Watson

To jedna z tych historii, które zapamiętuje się najbardziej. Gdy będziecie spacerować po dzielnicy Mouraria, na murach domów zobaczycie portrety zwyczajnych mieszkańców kamienic. To efekt projektu zrealizowanego w 2009 przez brytyjską fotografkę – Camilę Watson. Miał on być prezentowany tylko dwa tygodnie. Ale tak spodobał się mieszkańcom, że portrety pozostały do dziś. Mało tego – pomysł przypadł do gustu mieszkańcom sąsiedniej Alfamy. Więc zamówili u Camili Watson identyczne portrety mieszkańców Alfamy.

Teraz obydwie dzielnice szczycą się niepowtarzalnym klimatem uwiecznionych twarzy swoich mieszkańców. A pracownię Camili Watson możecie zobaczyć tuż obok uroczej knajpki Cafe o Corvo, przed którą często można spotkać jej wypoczywającego psa.

Co robi w Lizbonie święty Antonii?

Święty Antoni to dla Lizbony postać wyjątkowa. Przede wszystkim Antoni urodził się w tym mieście i jest jego patronatem. Przyjęło się, że św. Antoni jest patronem rzeczy i osób zaginionych, podróżnych ale w Lizbonie to także święty, do którego zwracają się dziewczyny i chłopcy oczekujący małżeństwa. Zdarza się, że figurki świętego najpierw zanurza się w studni a później wiesza głową w dół do momentu gdy święty spełni prośby czyli doprowadzi do zaślubin. Rośliną świętego Antoniego jest bazylia. Wyjątkowo huczny w Lizbonie jest czerwiec gdy przypadają urodziny patrona miasta. Przez cały miesiąc a szczególnie 13 czerwca w rocznicę jego urodzin odbywają się wieczorne imprezy, grilluje się sardynki i pije wino. Nieraz do białego rana. Dlatego czerwiec może być idealnym miesiącem na odwiedzenie Lizbony.

Pomarańcze na Alfamie i nie tylko.Dlaczego nie warto ich zrywać?

Na Alfamie, Mourari i ogólnie w Lizbonie można spotkać przepiękne drzewka pomarańczowe. Jednak nie warto zrywać ich owoców ponieważ są to gorzkie pomarańcze. Zostały przywiezione do Lizbony przez Maurów w celu pozyskiwania wonnych olejków. Dla odróżnienia od zwyczajnych pomarańczy, te gorzkie mają dodatkowy listek, rodzaj przedlistka przed zwykłym liściem. Jeśli zobaczycie coś takiego to dajcie sobie spokój. Możecie jedynie podziwiać piękne kolory drzew i owoców.

Jacaranda – co to jest i dlaczego kwitnie dwa razy w roku

Te wyjątkowo piękne drzewa trafiły do Lizbony z Brazylii. Przywieźli je portugalscy żeglarze kolonizujący Amerykę Południową. Drzewka przepięknie kwitną fioletową barwą na wiosnę. Ale o kwitnieniu ponownie, jesienią przypomina im pamięć genetyczna. W czasie europejskiej jesieni, na półkuli południowej rozpoczyna się wiosna i drzewa przypominają sobie o tym fakcie. Jacarandy można spotkać w całej Lizbonie ale także poza stolicą Portugalii.

Sprzedawcy niby dragów w Lizbonie

W Lizbonie możecie trafić na zjawisko, które zaskakuje. Poniżej dzielnicy Alfama idąc w stronę morza, obok Katedry św. Antoniego, na placu Rossio możecie zostać zaczepieni przez gości, którzy twierdzą, że sprzedają różne dragi. Po głębszym zbadaniu tematu okazało, że goście zwyczajnie robią w konia spragnionych atrakcji turystów. Zioło jest rodzajem herbaty preparowanej tak by wyglądem i zapachem przypominała marihuanę.  Policja wielokrotnie ich zwija z ulica i sprawdza. Okazuje się, że substancja jest nieszkodliwa więc nie ma za co ich karać. Jedynym karalnym działaniem jest nabijanie turystów w butelkę. Więc nie dajcie się zrobić w konia.

Zachód słońca obok Dżizasa z widokiem na most 25 kwietnia

Słynna figura Jezusa znajduje się po drugiej stronie Tagu, tuż obok mostu 25 kwietnia. Znajduje się na wygrodzonym terenie, który jest otwarty tylko do godziny 18.00. Jeśli jednak planujecie zrobić zdjęcia figury o zachodzie słońca to jest na to dobry sposób. Wystarczy dojechać na miejsce, np. Uberem, zejść lewą stroną po szutrowej drodze, w połowie której zobaczycie przepiękny widok na most 25 kwietnia.

Gdy zejdziecie jeszcze niżej znajdziecie się poniżej mostu gdzie zobaczycie widok na Tag, pływające żaglówki i statki oraz Lizbonę o zachodzie słońca. To najlepszy sposób na zakończenie tygodnia pełnego atrakcji w Lizbonie.

Kiedy?

18.05.2019

Antek Zuber

Czytaj więcej

10 dni w Afryce Południowej (RPA, Suazi, Mozambik) + Stambuł

Wraz z rodzicami już od dłuższego czasu poszukiwaliśmy jakiejś ciekawej destynacji na wakacje. Padło na RPA. Znaleźliśmy dobre ceny biletów z WAW do JNB via IST (Turkish Airlines) i zaczęliśmy planowanie wycieczki.

26.07.2019 – dzień 1

Koło południa wyruszamy z Górnego Śląska do Warszawy. Po pięciu godzinach dojeżdżamy na lotnisko Chopina. Nadajemy bagaże i czekamy na samolot. Wieczorem wylatujemy LOTem (codeshare z Turkish) na nowe megalotnisko w Stambule. Dolatujemy o czasie i czekamy 2 godziny na lot do JNB (samolot leciał potem dalej do Durbanu – fifth freedom). Lotnisko, mimo że jeszcze nie ukończone, już robi ogromne wrażenie. Koło północy czasu lokalnego ładujemy się na pokład Airbusa A330-300.

27.07. – dzień 2

Lot mija szybko, bo cały przespany i w porannych godzinach lądujemy w Johannesburgu. Odbieramy bagaże i idziemy odebrać samochód. Auto zarezerwowaliśmy jeszcze w Polsce w firmie AVIS. Pogoda w Johannesburgu, jak na zimę przystało, chłodna – w nocy tylko 3 stopnie. Auto odebrane i ruszamy naszą KIĄ Sportage w stronę Lydenburga, gdzie spędziliśmy pierwszą noc. Widoki podczas drogi nie powalały i po kilku godzinach jazdy dojeżdżamy na miejsce. Wieczorem udajemy się do lokalnej restauracji na pierwszego steka w RPA. W telewizji oglądamy rugby i zajadamy steki. To właśnie jest RPA. Cena za steka około 120 RAD.

28.07. – dzień 3

Rano idziemy do kościoła, jemy śniadanie i wyruszamy do Phalaborwy, która znajduje się tuż przy granicy z Parkiem Krugera. Wybieramy oczywiście słynną Panorama Route. Krótki przystanek na kawę w Graskop i ruszamy w kierunku God’s Window. Chwilę podziwiamy widoki i jedziemy do kolejnej atrakcji. Warto dodać, że wejścia do tych miejsc w większości są płatne. Następny na liście był wodospad Berlin. Po obejrzeniu wodospadu, następnym punktem były Bourke’s Luck Potholes. Pięknie wyrzeźbione przez wodę skały zrobiły na nas pozytywne wrażenie. Kontynuując naszą drogę w kanionie rzeki Blyde, dojeżdżamy do ostatniej atrakcji dnia dzisiejszego – Three Rondavels. Widok chyba nawet lepszy niż na bardziej popularnym God’s Window. Do hotelu dojeżdżamy o zachodzie słońca (słońce zachodziło około 17.30/17.45). Jemy kolację i zbieramy siły na Park Krugera.

29.07. – dzień 4

Rano wjeżdżamy do Parku przez Phalaborwa Gate. Po parku poruszamy się autem wypożyczonym w Johannesburgu. Drogi główne są asfaltowe, boczne szutrowe, a jeszcze bardziej dzikie drogi, dostępne są tylko dla aut z napędem na 4 koła. Już na samym początku spotykamy słonie, żyrafy, zebry i oczywiście antylopy, ale naszym głównym celem był lew (dużo trudniejszy do spotkania niż lwice), nosorożec i lampart, bo tych zwierząt brakowało nam do uzupełnienia BIG 5 po wycieczce do Kenii. Koło południa dojeżdżamy do pierwszego Campu – Olifants. Z restauracji mamy piękny widok na rzekę, gdzie przez lornetkę obserwujemy hipopotamy, słonie czy żyrafy. Zostawiamy bagaże, jemy obiad i ruszamy na rundę popołudniową. Decydujemy się na krótki objazd po drogach szutrowych. Po kilku kilometrach usłyszeliśmy jakieś stukanie w podwoziu. Na początku myśleliśmy, że to kamienie podskakując, obijają podwozie, jednak po chwili okazało się, że mamy przebitą lewą, tylną oponę. Na terenie Parku nie ma zasięgu, więc nie mogliśmy zadzwonić po pomoc, a z auta też wychodzić nie wolno ze względu na dzikie zwierzęta. Decydujemy się więc na kontynuowanie jazdy. Teraz już nie skupiamy się na zwierzętach, tylko na bezpiecznym dotarciu do obozu. Po kilku kilometrach dojeżdżamy do drogi asfaltowej, gdzie łapiemy zasięg. Auto już ledwo się toczyło, opona była w dramatycznym stanie. Warto dodać, że była godzina 16.30, a bramy obozów zamykają się o 17.30. Za spóźnienie trzeba płacić wysokie kary. Konsultant AVISa radzi nam by dojechać na tej oponie do obozu i rano spodziewać się pomocy. Ja z mamą przesiadamy się do samochodu Holenderki, która chciała pomóc, a tata pojechał naszą KIĄ do obozu. Jakimś cudem auto dokulało się do bram. Z AVISem ustaliliśmy, że rano dostaniemy nowe auto, a tym zajmą się oni. Łącznie na przebitej oponie przejechaliśmy około 11 kilometrów, ale na całe szczęście bezpiecznie dotarliśmy na miejsce. Wieczorem zapisujemy się jeszcze na Morning Drive organizowany przez Camp.

30.07. – dzień 5

O 5 rano zbieramy się na poranną przejażdżkę. Szybko okazało się, że powinniśmy zabrać czapkę i rękawiczki, o których przy pakowaniu nawet nie pomyśleliśmy, bo podczas jazdy w otwartym samochodzie było naprawdę zimno. Przez około półtora godziny jedziemy po ciemku oświetlając boki latarkami. O wschodzie słońca spotykamy najbrzydsze zwierzęta tego parku – hieny. Po chwili jednak wypatrujemy 2 lamparty. Podjeżdżamy w inne miejsce, tak by przeciąć im drogę i udało się. Lamparty podchodzą pod sam samochód, okrążają go dookoła i idą dalej. Naprawdę piękne zwierzęta. Do obozu dojeżdżamy chwilę po 8. O 9 odbieramy nowy samochód (niestety mniejszy od poprzedniego) i ruszamy w drogę. Kolejny nocleg mieliśmy na samym południu parku w Berg-en-Dal. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze w Skukuzie – największym obozie w całym parku, gdzie dogadujemy wymianę samochodu na większy. Podróż do Berg-en-Dal niestety bez nowych dla nas zwierząt. Wieczorem dojeżdżamy do obozu, który również oferował widok na małe jeziorko. Rozmawiamy z ludźmi i dowiadujemy się, że wczoraj własnie tutaj 3 lwy zabiły antylopę na ich oczach. Nosorożce również były tutaj wczoraj widziane. Czekamy 20 minut do zachodu słońca, licząc na jakieś zwierzęta, jednak nic nie przychodzi. O 20 idziemy na kolację i oczekując na jedzenie obserwujemy jeziorko przy pomocy latarki. Po raz pierwszy w życiu widzimy nosorożce! 2 osobniki przyszły się napić. Jemy kolację, idziemy spać i odpoczywamy przed ostatnim dniem w KNP.

31.07. – dzień 6

Rano ruszamy do Skukuzy i odbieramy trzecie auto tej wycieczki. Na mapach widzimy, że ludzie napotykali w okolicy na lwy, co tylko podsyciło nasze apetyty na ostatni dzień. Nosorożców nie można zaznaczać na mapach, ze względu na kłusownictwo, jednak największe ilości występują właśnie na południu. Ze Skukuzy ruszamy w stronę Lower Sabie i już po chwili widzimy masę samochodów zatrzymanych w jednym miejscu. To mogło oznaczać tylko jedno. Lwy. Obserwujemy lwy przez kilka minut. Ciężko podać ich dokładną liczbę, ale było ich co najmniej 5. Niestety były to tylko lwice i małe, które mieliśmy już okazję oglądać w Kenii. W dobrych humorach jedziemy dalej. Nie trzeba było długo czekać i napotkaliśmy kolejny zator na drodze. Na drzewach siedziała masa sępów, jednak to nie one były główną atrakcją. Po chwili zza krzaków wyłonił się piękny lew z grzywą, a w pysku trzymał rozszarpaną już antylopę. Niestety nie staliśmy w „pierwszym rzędzie” samochodów, a lew akurat przechodził na drugą stronę drogi. W tym momencie mieliśmy już zobaczone całe BIG 5, jednak nadal pozostawał niedosyt, bo nosorożce widzieliśmy tylko w nocy i nawet nie mieliśmy zdjęć. Jedziemy dalej w stronę bramy Crocodile Bridge, gdzie kończyliśmy naszą wyprawę po KNP. Cały czas mieliśmy nadzieję na nosorożce, jednak gate zbliżał się nieubłaganie. Na szczęście już na ostatnich dwóch kilometrach udało mi się wypatrzeć nosorożca z małym. Robimy zdjęcia i zadowoleni opuszczamy Park Krugera. Dojeżdżamy do Malalane, naszej bazy wypadowej, na 3 noce.

01.08. – dzień 7

Rano z naszego Lodgea udaje nam się jeszcze zobaczyć jednego nosorożca. Po śniadaniu wyruszamy do nowego dla nas państwa – Suazi. Z racji, że wycieczki zorganizowane są drogie, a ich głównymi atrakcjami są fabryka świeczek i szkła, zdecydowaliśmy się na samotną wyprawę. Żeby wjechać do Suazi samochodem wypożyczonym w RPA trzeba zgłosić to firmie i zapłacić za pozwolenie na wjazd. Na dojeździe do granicy zatrzymuje nas patrol policji. Sprawdzają tylko, czy mamy międzynarodowe prawo jazdy i życzą miłej podróży. Na granicy bez problemów. Najpierw podbijamy pieczątkę na wyjazd z RPA, potem przejeżdżamy kilkaset metrów i w kolejnej „budce” dostajemy pieczątkę na powitanie w Suazi. Drogi w Suazi są gorsze niż w RPA, jednak nadal nie są tak złe jak w Mozambiku (opis później). Pierwsze co rzuciło się w oczy, to sztucznie zalesione góry. Jak się potem dowiedzieliśmy, wycinka i sadzenie lasów to jeden z głównych pomysłów tego kraju na pieniądze. Po drodze do Stolicy zatrzymujemy się jeszcze w hotelu Pig’s Peak, ale nie było to nic specjalnego więc ruszyliśmy dalej w kierunku Mbabane – stolicy. Wzdłuż drogi poruszało się wiele dzieci idących do, lub ze szkoły. Cieszy fakt, że miały one porządne mundurki i buty, co w Kenii było rzadkością. Po około 3 godzinach od wyjazdu, dojeżdżamy do Mbabane. Pozytywnie zaskoczyło nas to, że panował tam porządek i dobra organizacja. Ludzie mieli porządne ubrania, kierowcy przestrzegali zasad, takich jak sygnalizacja świetlna, co w Afryce wcale nie jest tak oczywiste jak u nas. Przejeżdżamy przez centrum, idziemy do restauracji na steka (najlepszy na całym wyjeździe) i po obiedzie ruszamy w drogę powrotną. Droga powrotna bez przygód, spokojnie dojeżdżamy do Malalane.

02.08. – dzień 8

Dzisiaj wybieramy się do kolejnego, nowego dla nas państwa – Mozambiku. Do byłej kolonii portugalskiej wybieramy się już jednak z przewodnikiem (i całe szczęście, że z nim). Mimo, że wycieczka była droga, uznaliśmy, że jak już jesteśmy tak blisko, to warto byłoby odwiedzić to państwo. O 7 rano odebrał nas przewodnik i wraz z nim, i jeszcze jedną Izraelitką ruszyliśmy w stronę granicy. Na przejściu granicznym tłok. Wychodzimy z samochodu i z racji, że nie mieliśmy wizy, musieliśmy jeszcze stanąć do okienka i ją wyrobić. Cała procedura zajmuje około godziny (pracownicy mają bardzo dużo czasu i wcale się nie spieszą). Za wizę na granicy płacić można tylko gotówką. Po otrzymaniu wizy wszystko idzie już sprawnie. Pakujemy się do samochodu i ruszamy do Maputo. Od razu widać, że wyjechaliśmy z bogatszego RPA. Wokół drogi masa ludzi, straganów, sklepików. Nasz pierwszy przystanek przypada na miejscowość Matola, gdzie oglądamy Monumento e Centro de Interpretação da Matola avenida. Dowiadujemy się trochę o historii niewolnictwa na terenie południowej Afryki. W samym Maputo, dzicz. Pełno samochodów, jeszcze więcej ludzi, generalnie CHAOS. Oglądamy piękny dworzec, idziemy do muzeum pieniędzy, gdzie zostawiamy polskie monety i ruszamy na obiad. Jemy pyszne krewetki, zwiedzamy fish market i udajemy się w żmudną drogę powrotną. Wyjazd z Maputo dramatyczny. Ogromny korek i tłumy ludzi wokół. Droga powrotna bez żadnych przygód i spokojnie dojeżdżamy do domu. Podsumowując wycieczkę do Mozambiku: szczerze, bez szału, ale kolejne państwo odhaczone i głównie to nas najbardziej cieszyło.

03.08. – dzień 9

Wyruszamy w drogę powrotną. Dzisiejszą noc będziemy spędzać w Nelspruit. Rano jeszcze zatrzaskujemy kluczyki w środku samochodu. Po dwóch godzinach przyjeżdża pomoc i możemy ruszać. W Nelspruit idziemy na mecz Rugby, gdzie miejscowi Pumas ograli Sharksów. Jemy ostatniego steka tej wyprawy, robimy rundkę po mieście i odpoczywamy w hotelu.

04.08 – dzień 10

Rano kościół i jedziemy do Johannesburga. Droga mija szybko, oddajemy samochód i czekamy na samolot. Wieczorem wylatujemy. Cała droga w samolocie przespana, chociaż Turkish Airlines trochę zawiódł. Bardzo długo trwał serwis z posiłkami. Jedzenie dostaliśmy dopiero po 2 godzinach, system IFE cały czas zawodził mimo resetów. Sniadnie zaczęli podawać na ponad 2 godziny przed lądowaniem – o 3 nad ranem.

05.09 – dzień 11

Lądujemy w Stambule i ruszamy na miasto. W tym mieście jeszcze nie byliśmy, a była możliwość kupienia biletów tak, by przesiadka trwała 12 godzin, więc tak też zrobiliśmy. Szybka podróż autobusem bezpośrednio pod Hagie Sophie. Jemy śniadanie, oglądamy meczety i udajemy się na rejs po cieśninie Bosfor. Stambuł pozytywnie nas zaskakuje. Pięknie położone miasto. Około 14 powrót na lotnisko i wieczorem samolot do Polski. Dolatujemy koło 19 i tutaj kończy się nasza przygoda.

Podsumowując, cała wycieczka, mimo różnych niesprzyjających sytuacji bardzo udana. Najlepszy zdecydowanie Park Krugera. Suazi i Mozambik na zasadzie odhaczenia z listy.

Kiedy?

26.07.2019

Robert Ćwikowski

Czytaj więcej

W krainie Costy, Sierry i Selvy

Jak byłem dzieckiem dostałem od wujka książkę Arkadego Fiedlera „Ryby śpiewają w Ukajali”. Była to dość poważna lektura jak dla małego chłopca mimo to zaczytywałem się opowieściami o Ameryce Południowej, o ludziach w niej mieszkających i o przyrodzie.

Wówczas chęć podróżowania zaczęła kiełkować…i gdy pojawiły się takie możliwości postanowiłem spełnić marzenie z dzieciństwa.

To jest jedno z cudowniejszych uczuć, kiedy wychodzi się z samolotu i nabiera całe płuca powietrza…peruwiańskiego powietrza. Wilgotnego, gorącego i charakterystycznie pachnącego zgnilizną. Wtedy też człowiek uświadamia sobie gdzie jest i że za moment zacznie się wielka przygoda.

Spotkanie z Amazonią zacząłem w Yarinacocha. To wioska nad jeziorem o tej samej nazwie, z której wyrusza się do dżungli. Pobyt jesienią (polską jesienią) ma minusy i plusy.  Minusem było to, że była wtedy pora deszczowa. Ukajali niesamowicie mocno wylała. Deszcz nie był uciążliwy a wręcz przeciwnie, fajnie było przeżyć amazońską ulewę, ale w tym czasie nocleg w prawdziwej dżungli był odradzany, bo… prawie wszystko było pod wodą a ewentualny ląd był bardzo grząski. Plusem natomiast było to, że dzięki podwyższonemu poziomowi wody łodzią mogliśmy wpłynąć w takie miejsca do których podczas pory suchej dotarcie byłoby niemożliwe. Zatem rano spotkanie w porcie, „zaokrętowanie” na drewnianej łodzi i wypłynąłem w towarzystwie lokalnego Indianina. Najpierw jeziorem Yarinacocha by po godzinie wpłynąć na Ukajali.

To było cudowne uczucie, kiedy zobaczyłem rzekę, o której czytałem pierwszy raz w dzieciństwie. Ogromna w kolorze kawy z mlekiem, po horyzont. Siedziałem w milczeniu i chłonąłem jej niesamowity zapach. To naprawdę Ukajali. Łodzią płyniemy przy brzegu, gdyż środkiem jest za mocny nurt. Brzeg porośnięty bananowcami co pewien czas odkrywa nam swoje piękno. Przede wszystkim duże ilości zwisających z drzew leniwców – jest ich tam naprawdę dużo. Wylegujące się na drzewach iguany, wiszące gniazda, termitiery i nieznane mi ptaki. Silnik łodzi milknie i płyniemy na wiosłach. Odgłosy są nie do opisania.

Tak rozpoczęła się miesięczna przygoda z marzeniami z dzieciństwa po Peru. Spotykałem się z pustynią, oceanem, płaskowyżem, dżunglą, kanionem, upałem, zimnem, spokojem, z nerwami, z fantastycznymi ludźmi i oszustami. Doświadczyłem wspaniałej kuchni i takiej, której próbować więcej nie chcę, fantastycznego samopoczucia i niekoniecznie miłego czasu w toalecie a nawet wizji spędzenia reszty życia w więzieniu….jednak wszystko co mnie spotkało było wspaniałe i dokładnie takie jak w marzeniach.

Lima – Katedra Św. Franciszka

Lima - Katedra Św. Franciszka

Ukajali – w oddali brzeg wyspy na rzece

Ukajali - w oddali brzeg wyspy na rzece

„Ulice” na Ukajali

"Ulice" na Ukajali

U Indian Shipibo w San Francisco

U Indian Shipibo w San Francisco

Po drodze do Kanionu Colca

Po drodze do Kanionu Colca

Kanion Colca

Kanion Colca

U Indian na pływających wyspach Uros

U Indian na pływających wyspach Uros

Machu Picchu

Machu Picchu

Kiedy?

20.09.2009

Robert Buczyński

Czytaj więcej

8500 km i ani grosza na transport!

Cel osiągnięty!

___________________________

Co robisz jeśli w portfelu pustki, a Ty jesteś żądny przygód? JEDZIESZ NA GIBRALTAR!

___________________________

 

Dwa lata temu, razem z Dominiką pojechaliśmy na Gibraltar autostopem. Cel początkowo mieliśmy jeszcze bardziej ambitny ale po tym co usłyszeliśmy od Marokańczyków o ich kraju – zostaliśmy w Europie. Maroko co prawda widzieliśmy na horyzoncie i w tamtej chwili to nam wystarczyło.

1001 przygód, które przeżyliśmy razem z moją dziewczyną podczas tej podróży nie dam rady opisać nawet w połowie tutaj, na naszej Strefie Podróżnika. Darmowy obiad w Niemczech, nocleg w willi u miłego francuza, wyłudzanie 400 Euro przez Hiszpana pod Barceloną i wyjazd ”a dziewczyny” z żonatym gościem ze Stanów – to tylko niektóre z naszych sytuacji. Ta ostatnia wydaje nam się jednak najciekawsza, choć z całą pewnością była najbardziej niebezpieczna:

Pijemy wodę na stacji benzynowej, gdzieś za Valencją. Podchodzi on. ”Heyy, bro! Howdy?” Zaczęliśmy gadkę. Gość popijał sobie piwko, był chyba rekordzistą świata w najszybszym piciu piwa. Serio! Podczas jednej kilkunastominutowej rozmowy wypił duszkiem 4 piwa. W końcu przyszła jego żona z córeczką na rękach i zaprosiła nas do siebie na noc. Nie chcieliśmy tego, ale też nie mogliśmy odmówić. W końcu kiedy autostopowicz ma okazję wziąć darmowy prysznic to ciężko odmówić! 

Poszliśmy, było spoko, pokazałem im mój kanał na YouTubie, on mi pokazał cały dom wypijając w tym czasie kolejne 6 piw (rozwiewam teraz Twoje wątpliwości uściślając, że piwo było półlitrowe). Potem wypił kolejne trzy i nagle efektownie wypuścił z siebie to co zjadł przez ostatnie kilka godzin. Olałem temat, poszedłem się myć. 

Godzina 01:00, typek mówi że pokaże mi coś na dworze i przy okazji przerzucę sobie namiot do auta. Jak już wyszliśmy, mówi że jedziemy na stację po więcej piwa. SAY WHAAAT? Nie ma mowy, ja chcę spać! Po krótkiej gadce zrobiło się niemiło i zaczął mnie szantażować ze mi pomógł, dał nocleg więc ja też mu pomogę. Poprosiłem o kluczyki, a ten biegiem do auta i że jedziemy. Na moje słowa wyrażające sprzeciw jeździe pod wpływem, on wrzucił już pierwszy bieg i mówi że powyżej ‚dwójki’ już nie pojedziemy (dwójka to taki bieg w samochodzie, tuż po pierwszym i zaraz przed trzecim). 

Ostatecznie potrąciliśmy na polu jedynie zająca przy prędkości 50 km/h i 4.000 obrotów na drugim biegu, ale nie to jest najgorsze. Nasz bohater pojechał do nocnego… klubu. Rozumiecie, mając żonę i dwójkę malutkich dzieci, typek zabrał autostopowicza do klubu nocnego. To był jakiś obłęd. Mimo braku roamingu, zadzwoniłem do Dominiki i powiedziałem o wszystkim. Uspokajając ją jednak wcale nie uspokoiłem siebie. po 15 minutach typek wrócił (bo ja oczywiście cały czas byłem w aucie). Myślałem, że już pojedziemy do domu, ale Amerykanin zajechał jeszcze po narkotyki, znowu oferując mi ‚kreskę’.

Koniec końców wróciliśmy do domu i od razu wszedłem do pokoju. Dominika zapłakana, ja w sumie w szoku. To był moment, który zdecydował o tym że los w tej podróży niespecjalnie się do nas uśmiecha. W tamtej chwili zdecydowaliśmy, że jedziemy ‚tylko’ na Gibraltar. Wybiliśmy sobie z głowy Maroko, zostawiając je na następne lata.  

Na Gibraltarze było super! Złodziejskie małpy i piękna panorama z góry były zwieńczeniem wyjazdu. Droga powrotna była lajtowa, w dwa dni dojechaliśmy do domu bez nieprzyjemnych przygód.

Czy poleciłbym komuś taki wyjazd? OCZYWIŚCIE, ŻE TAK! Niesamowita sprawa, tylu pozytywnych ludzi ilu poznałem podczas trasy w stu procentach rekompensuje nieprzyjemności z Amerykaninem, czy na przykład… z Algierczykiem. Ale to nie historia na ten wpis. Być może poznasz ją w następnym – a jest niemniej ciekawa niż nowopoznana przez Ciebie historia z AmericaManem! Pozdro!

Naczelny złodziej gibraltaarski - Makak!

Kiedy?

13.07.2017

Patrycja Szafrańska

Czytaj więcej

American Dream za $1 000

Chciałam się podzielić NAJWIĘKSZĄ PRZYGODĄ mojego życia!🧡

 

🎥Tutaj możecie obejrzeć 3 minutowy filmik z naszego road tripa po USA!🌎

Klik👉https://www.youtube.com/watch?v=xVimCbNcdZA👈Klik

 

Do Stanów wyjechałam z programu work&travel. Wydawało mi się to najłatwiejszą i jedną z tańszych opcji na spełnienie mojego marzenia.

___________________________________________________________________

🌎 Zapraszam na #travelspam tutaj:  https://www.instagram.com/patisxo/

___________________________________________________________________

PRACA:

Pracowałam na Campie scoutowskim w Wirginii przez 11 tygodni, co było niesamowitym kulturalnym doświadczeniem i szansą na podszlifowanie języka. 

Nie zarobiłam dużo $$$, ale wystarczyło na moją 2 tygodniową podróż.

Dzięki moim koleżankom z „pracy” miałam okazję zwiedzić trochę miejsc w Wirginii. Zapraszały mnie do siebie i zabierały na super wycieczki.

 

ROAD TRIP:

Zaplanowaliśmy naszą wyprawę razem z paczką znajomych, z którymi znaleźliśmy się na Facebook’owej grupie. Okazali się naprawdę super kompanami!

1) Nowy Jork 🗽

2) Salt Lake City ✈️

Stąd wypożyczyliśmy 6 osobowy samochód i ruszyliśmy w trasę prawie 4000km!

3) Yellowstone 🌋

4) Grand Canyon + Horseshoe Bend + Monument Valley 🏜️

5) Las Vegas 🎰

6) Death Valley 🐍

Tutaj z powodu awarii samochodu przeżyliśmy – dosłownie, największą przygodę wyjazdu, a nawet życia.

7) Los Angeles 👼

 

Skąd tytuł filmu? Cała przygoda wyniosła mnie koniec końców $1000 !

 

A oto kilka fotek:

Top Of The Rock

Nasz Samochodzik

 

 

 

Najlepsza Ekipa

Grand CanyonHorseshoe Bend

Yellowstone

Las VegasHollywood

 

____________________________________________________________________

🎞️ YouTube: https://www.youtube.com/watch?v=xVimCbNcdZA

📷 Instagram: https://www.instagram.com/patisxo/

 

 

Kiedy?

30.08.2018

Michał Gospodarczyk

Czytaj więcej

Poleciałem na Majorkę za 18zł?!

Cześć!

Nazywam się Michał i od października 2018 roku tworzę treści na youtube, któych główną tematyką są oczywiście podróże. Tym razem dzięki Hubertowi poleciałem na Majorkę za bagatela 18 złotych! Tylko jak?

Otóż w styczniu przeglądając grupę Podróżnicze Hubcie znalazłem tą ofertę 12 zł za lot z Berlina na Majorkę i z powrotem, dodajemy opłatę tranzakcyjną i mamy 18. Mieszkam na Kaszubach więc jakoś do tego Berlina trzeba się dostać! A więc wsiadam w samochód jadę do oddalonego o 35km Słupska skąd przesiadam się do busa do Gdańska. Północ. Wsiadam do Flixbusa do Poznania i próbuje zasnąć. Rano. Kolejny Flixbus tym razem do Berlina. Dojeżdzam o 9 rano, szukam kiosku kupuję bilety na S-bahna i lecę na lotnisko, po 3 nieudanych przesiadkach ląduje na stopa w starym mercedesie :D. Uff zdążyłem za 5 minut zamykają bramki. Lecę na Majorkę.

Ale zaraz co z noclegiem?! A no okazuje się, że mam wspaniałą kuzynkę która mieszka na Majorce więc transport, nocleg i wyżywienie otrzymuje za prezent z Polski i solidny uścisk. Pomimo tego że jest środek stycznia na Majorce temperatury wiosenne, idealne do zwiedzania, więc staram się wykorzystać dane mi 3 dni najlepiej jak tylko potrafię.

Widoki przecudne, stolica- Palma de Mallorca przecudna, ludzie? -przecudni :D. (Nawet załapałem się na bitwę Freestyle`u. Więcej w relacji na youtube)

Koszty:

Lot:18zł

Transport na i z lotniska: 160zł

Nocleg, wyżywienie i transport na wyspie, 0zł+przytulas <3

Kiedy?

11.01.2019

Alicja Jargieło

Czytaj więcej

18 dni w Gruzji

Odważyłam się, spakowałam i wyjechałam na prawie 3 tygodnie!

I to była jedna z najlepszych decyzji w moim życiu! 

Plan był szczegółowo spisany, każdy punkt starannie przygotowany.

W plecaku 3 przewodniki.

”Gruzja sama napisze Ci plan, zobaczysz”- wszędzie pisali.

I mieli rację. Wszystko poobracało się do góry nogami. Z tego trzeba było zrezygnować. Tam nie dojechaliśmy. Tu jednak trzeba zostać dłużej. Bilety wykupione- kolejny pociąg za 10 godzin. Lokalne święto w Omalo odwołane z powodu wcześniejszego wypadku na drodze- no to na drugą stronę kraju. 

Wszystkim, którzy się zastanawiają- GRUZJA JEST PIĘKNA!

Wróciłam z jednym palcem ugryzionym przez kota, drugą dłonią przez konia, z 18 kilogramami na plecach. Zafundowałam sobie serię zastrzyków przeciw wściekliźnie, 1600 zdjęć do przeanalizowania i ponad 140GB filmów, ale przede wszystkim piękne wspomnienia i doświadczenia na przyszłe podróże 🙂 

Pięknie było poczuć ten klimat. Usiąść i zatrzymać się. Obserwować. Słuchać. Czuć. 

Teraz pozostało posklejać filmy w całość i pokazać Gruzję moimi oczami, powracanie do tych momentów to będzie sama przyjemność 🙂 Nie mogę się doczekać powrotu!

 

~Dzień bez leku

 

 

Kiedy?

19.07.2019

Twój wpis czeka na zatwierdzenie.

Prawdopodobnie pojawi się na stronie w przeciągu kolejnych kilku minut!

Dzięki za dodanie relacji!

Sprawdź teraz podgląd swojego wpisu.
Jeśli wszystko jest ok to kliknij przycisk opublikuj.
Zawsze też możesz poprawić coś w swojej relacji przechodząc do jej edycji.

Czy jesteś pewien, że chcesz usunąć ten wpis?

Czy na pewno chcesz usunąć swoje konto?
Wszystkie Twoje dane zostaną utracone.

Aby przejść dalej, uzupełnij swoje dane, by inni mogli się z Tobą skontaktować.

Adres Twojego profilu Facebook

jak znaleźć link na Androidzie:

jak znaleźć link na iOS:

jak znaleźć link na komputerze: