23.11.2019

Bartlomiej Krzemiński

Spitsbergen. Natura zwycięża zawsze.

7 dni. Tylko tyle i aż tyle wystarczy, żeby przekonać się o swoich fizycznych możliwościach, nabrać pokory do Arktyki, przekonać się że w kupie siła i nabrać dystansu do codziennego życia.

Minęło kilka dni od powrotu. Pranie zrobione, pizza zjedzona, najbliższa wycałowana. Można wracać do codzienności, ale zanim to jeszcze umieszczę tutaj wspomnienia z równoleżnika 78.

Jest 3 lipca, dziesięć osób spotyka się na lotnisku w Gdańsku. Jedni znają parę osób, niektórzy nikogo. Mimo to widać od samego początku chemię i pozytywnie nastawioną ekipę. Lecimy Norwegian'em do Longyearbyen, z 4 godzinną przesiadką w Oslo. Lot mija przyjemnie. Spitsbergen wita nas pochmurną pogodą. Naszą główną bazą podczas pobytu jest najwyżej wysunięty na północ globu camping, który jest "rzut woderem" od lotniska. 

Przed naszą podróżą podzieliliśmy się na pięć dwójek. Jedna osoba nosiła namiot, a druga śpiwory itp. by było nieco lżej. Na campingu wita nas nasza rodaczka (Pozdrawiam Martyna), która przekazuje nam najważniejsze informacje odnośnie campingu. Naszą uwagę nieśmiało skupiła opcja dołączenia do "Arctic Naked-Bathing Club". W skrócie kąpiel na golasa w arktycznej lodowatej wodzie. Jeszcze nie tak dobrze się wszyscy poznaliśmy więc stwierdziliśmy, że być może spróbujemy ostatniej nocy. Na campingu oprócz nas jest dosłownie parę osób, bardzo kameralnie. Po rozbiciu namiotów, czas na powitalne piwko, liofilizat i można iść spać. Tylko jak tu spać jak po północy jest tak samo jasno jak po przylocie. Pierwsza noc nie poszła gładko.

Rano pogoda się utrzymuje - zachmurzenie i lekki wiatr. Pakujemy się na pierwszą wycieczkę, jemy śniadanie, jedziemy taxi do centrum. Na miejscu wypożyczamy Mausera 30-06, broń która pamięta II Wojnę Światową (przy okazji polecam wypożyczalnię Longyear 78 - dobra obsługa i czasem za ladą stoi rodak :) ). Giwera na ramieniu, można opuścić osadę. Idziemy w kierunku Sarkofagen - punkt widokowy na Longyearbyen, otoczony dwoma lodowcami: Larsbreen i Longyearbreen. Pierwszą przeszkodę którą napotykamy jest rzeka, przez którą musimy kilka razy przeskoczyć/przejść. Dwa razy budowaliśmy wyspę z kamieni pośrodku odpływu, żeby nie utopić buta. Była to mała rozgrzewka przed trekingiem z Barentsburga do Longyearbyen, którego start był zaplanowany na kolejny dzień. Sarkofagen mijamy od lewej strony idąc wzdłuż lodowca Larsbreen. Lodowiec jest przysypany śniegiem, dlatego raki jak na razie zbędne, pozostają w gotowości. Wędrówka sprawia nam sporo przyjemności, za nami ponad połowa trasy do Trollsteinen - najpopularniejszej góry do zdobycia w pobliżu Longyearbyen. Czas na krótką przerwę, po której docieramy do pierwszego kanału supra-glacjalnego, takiego trochę naturalnego toru bobslejowego. Nikt nie chce do niego wpaść, dlatego bierzemy dynamiczny rozpęd i po chwili wędrujemy dalej. Pogoda dopisuje, widoki oszałamiają, uśmiechy nie schodzą nam z twarzy, aż nagle zauważamy ślady niedźwiedzia polarnego, tego na którego kilka godzin wcześniej wypożyczyliśmy broń. Krótka narada i wnioski: wszędzie dookoła jest biało, wzniesienie za którym nie wiemy co jest, ślady idące w tym samym kierunku co my. Decyzja mogła być tylko jedna: idziemy dalej.

...Przepraszam, ale nie mogłem się powstrzymać :D Oczywiście zawracamy, ale w ramach pocieszenia idziemy na Sarkofagen, z którego rozpościera się świetny widok na całą osadę oraz Adventfjorden - fiord nad którym się znajduje. Na miejscu korzystamy z okazji i wpisujemy się do "dziennika odwiedzin Sarkofagen" - dziennik można znaleźć w ukrytym schowku na wzgórzu. Do Longyearbyen wracamy tą samą drogą - lodowcem Longyearbreen i do pokonania mamy ponownie rzekę poprzecinaną skalnymi wysepkami. W tym momencie zauważyliśmy, że wody jest sporo więcej... Parę osób skorzystało z woderów, reszta skakała. Godzinę później byliśmy już w centrum. To był ostatni moment na uzupełnienie zapasów, ale niestety alkohol w sklepie jest dostępny tylko do godziny 18, dlatego musieliśmy zadowolić się piwkiem 2%. Oszczędzamy energie na jutro i wracamy taxi na camping. Zaczynamy się pakować na jutrzejszy, trzydniowy treking. Ostatnie analizy trasy, pogody, luksus w postaci prysznica na czas (za 10 koron można go zaznać przez 3-4 minuty) i wszyscy lecimy spać.

Pobudka o 6 po kolejnej ledwo przespanej nocy - tym razem wiało wyjątkowo mocno. Była taka wichura, że leżąc przypominałem sobie dane techniczne odporności na wiatr naszego namiotu i zastanawiałem się czy przetrwa tą noc... ale dał radę. Nie zwlekając zwijamy obóz, który zostawiamy w depozycie na campingu i czekamy na autobus, który ma nas zabrać na pokład Aurora Explorer (promu do Barentsburga). Wszystko idzie zgodnie z planem i po 9 wypływamy z portu. Po lewej stronie wnikliwie obserwuje całą trasę, lekko przerażony a zarazem podniecony. Ten treking był dla mnie jak i dla większości czymś zupełnie nowym, jeszcze nie robiłem w życiu takich akcji. Każdy z nas wędrował, ale przeważnie kończyło się to co najmniej noclegiem w schronisku, a tu pełne 3 dni w dziczy, nocne warty, co masz to zjesz, trzy dni bez kontaktu ze światem. Przygoda pełną parą :D

 

Do Barentsburga dopływamy po 10, a na miejscu wita nas deszcz i ponure miasteczko. Wygląda jakby opuszczone, a niby mieszka tutaj około 500 osób. Pierwsze wrażenie zdecydowanie mało pozytywne, aż chce się od razu iść dalej. Na miejscu zostajemy 30 minut, przez chwilę słuchamy przewodnika, rozglądamy się po okolicy i ruszamy. Przed nami do pokonania około 70 km przez tundrę, rzeki, góry, śnieg, bagna, mario (wyjaśnię później). Pierwszych 6 kilometrów mija sprawnie, co prawda deszcz nie chce ustąpić, ale trasa nie jest wymagająca i idzie się całkiem nieźle. Po chwili widać koniec drogi i po raz ostatni widzimy normalny, zamieszkały dom, w którym robimy przerwę na herbatę. Wkrótce przestało padać i jak się później okazało już do samego końca naszej podróży. Po wyjściu z domku, dosłownie 20 metrów dalej mieliśmy do pokonania pierwszą rzekę, którą przeszliśmy łatwo, tworząc mini mostek ze znalezionych okolicznych desek. Generalnie plan był taki, żeby jak najwięcej rzek przejść bez zakładania woderów (wysokich tzw. kaloszy, sięgających po pachwiny), bo zajmowało to więcej czasu. Dlaczego? Bo na grupę 10 osób mieliśmy tylko 6 par: jak 6 osób przeszło rzekę, jedna osoba musiała się wrócić do pozostałej czwórki z wolnymi woderami... A dlaczego w sumie nie mieliśmy woderów dla wszystkich? Wynikało to z relacji naszych poprzedników: jedni przechodzili boso, inni w lekkich sandałach, dlatego stwierdziliśmy, że nie będziemy dodatkowo zwiększać wagi naszych bagaży.

 

Z każdym krokiem oddalaliśmy się od cywilizacji, a podekscytowanie tylko rosło i wszystkim dopisywały humory. Mimo braku szlaku trasa była oczywista: mniej lub bardziej iść wzdłuż Isfjorden, aż do Colesbukty gdzie zaplanowaliśmy pierwszy nocleg. Trasa z pozoru płaska, wydawałoby się że jest łatwo, aczkolwiek teren był podmokły, co chwila było trzeba myśleć gdzie nadepnąć aby nie zatopić buta, co rusz schodziliśmy do mini wąwozów, szukaliśmy najlepszego miejsca do przejścia rzeki, a to wszystko z plecakami załadowanymi na 3 dni. Dodatkowo wszyscy byli skupieni i rozglądali się to tu to tam czy aby gdzieś nie czai się niedźwiedź - co kilkadziesiąt minut wyciągaliśmy lornetkę, by upewnić się, że zwierzę przed nami to renifer.

Mniej więcej w połowie drogi do Colesbukty pojawiła się pierwsza większa przeszkoda, a mianowicie rozległa rzeka. To razem konieczne były wodery i poszukiwanie bezpiecznej drogi. Brak woderów dla całej ekipy i brak doświadczenia w pokonywaniu tak rozległych rzek (z wysepkami około 150 metrów szerokości) spowodowało, że spędziliśmy tutaj prawie dwie godziny... Daliśmy radę, ale nie spodziewaliśmy się aż tak dużych rozlewisk.

Dzień mijał dość niepostrzeżenie, bo cały czas świeciło słońce i ciężko było stwierdzić czy jest 18 czy 2 w nocy, dlatego żeby kontrolować porę dnia konieczne było spoglądanie na zegarek. Po ośmiu godzinach marszu dotarliśmy do miejsca z którego widać zatokę, a za nią nasz nocleg w opuszczonym i starszawym budynku. Pierwotnie mieliśmy spać w tzw. hytte (zadbane chatki przygotowane na nocleg dla podróżników), nawet była bliżej niż tamten opuszczony dom. Jednakże musieliśmy zmienić plany, bo niestety ta chatka, jak i pozostałe, została zamknięta dla turystów zaledwie dwa miesiące wcześniej. Dziś klucze do takich chatek mają tylko przewodnicy, więc można się łatwo domyśleć o co tu chodzi. Poniżej wyraz opinii o tej sytuacji na mojej twarzy.

Widok na cel dodał nam sił i szybko dotarliśmy najpierw do hytte, gdzie zrobiliśmy przerwę na przekąski i herbatę żeby zebrać siły na dojście przez zatokę do noclegu. Idąc dalej trafiamy ponownie na bagniste tereny, ale mieliśmy szczęście, że były też porośnięte mchem kępy, po których skakało się jak kiedyś w Super Mario - było przy tym sporo śmiechu :D Niestety jakimś cudem nikt nie zrobił zdjęcia "Mario" dlatego dodaję z poślubnej w Gruzji gdzie znaleźliśmy takie same. Docierając do zatoki, zdawaliśmy sobie sprawę, że jej przejście to będzie spora trudność, ale będąc tam i widząc skale tego miejsca, byliśmy nieco przytłoczeni. Im bliżej rzeki, teren robił się coraz bardziej grząski i bagnisty, szło się naprawdę  ciężko. To była dwunasta godzina marszu, a od siedemnastu byliśmy na nogach co dodatkowo nas spowalniało. Budynek, w którym mieliśmy spać wabił nas cały czas, więc nie było mowy o przerywaniu marszu. Ta potężna delta u niektórych wywołała sporą niepewność i niepokój, dlatego musieliśmy wspólnie przedyskutować plan działania. Po dłuższej naradzie i głosowaniu stwierdziliśmy, że spróbujemy podejść w głąb doliny i pokonać kilka dopływów, aby zwiększyć szanse na przejście całej delty. Niestety ten manewr dużo nie pomógł, bo już samo dojście do pierwszego dopływu sprawiło nam problemy. Ziemia była wyjątkowo nasiąknięta wodą, buty cały czas nam grzęzły w błocie, ale w końcu dotarliśmy do pierwszego dopływu. Rzeka była wartka i głęboka, próbowaliśmy ją przejść w kilku miejscach, ale w każdym było niebezpiecznie. Niestety w ostatnich dniach temperatura była rekordowo wysoka przez co lodowce i śnieg dynamicznie topniał i spływał do rzek, które mieliśmy przekroczyć. Człowiek w sumie słyszy o globalnym ociepleniu i logiczne jest to, że ciepło roztapia śnieg i lód, jednak w życiu się nie spodziewaliśmy, że będzie to tak mocno widoczne i odczuwalne na Arktyce. Ponownie zebraliśmy się aby przeanalizować naszą sytuację. Niby wszystko szło zgodnie z planem, przeszliśmy około 50% trasy w jeden dzień, a na pozostałe dwa dni już typowo w górach mieliśmy przeznaczoną odpowiednią ilość czasu, ale wysoka temperatura (nawet +17 stopni) mocno utrudniała treking. Nie  mogliśmy się pogodzić, że może to nas zatrzymać. Problemem było też to, że część osób chciała z rana próbować iść do przodu do skutku, a druga część przestała czuć się bezpiecznie. Jednak na szczęście mimo trudnej sytuacji ekipa spisała się wzorowo i podjęliśmy decyzję o powrocie. Nikt nie był samolubny, bo każdy wiedział, że musimy iść razem choćby z tego tytułu, że mamy jedną broń. Stwierdziliśmy, że bezpieczny dla wszystkich będzie powrót do Barentsburga. Coś co jeszcze godzinę wcześniej wydawało mi się niemożliwe nagle stało się faktem. W marnych nastrojach zaczęliśmy się cofać do miniętego wcześniej hytte, żeby tam się rozbić. Po godzinie dotarliśmy do chatki, obok której płynęła rzeka, z której zaczerpnęliśmy wodę do przefiltrowania i tam rozbiliśmy obóz. Pozostało wylosować godzinę warty, zjeść kolacje, rozłożyć skarpety, wkładki i paść do namiotu. Mimo ogromnego zmęczenia nie łatwo było zasnąć - myśl o odwrocie i troska o to czy aby na pewno każdy przyłoży się do swojej warty spowodowało, że zaśnięcie chwilę potrwało. Na warcie zmienialiśmy się co 60 minut, moja kolej nastąpiła po 3 godzinach. Cisza, piękna panorama na zatokę i bezlitosną deltę dawały mieszane uczucia od radości z bycia w tak odciętym od świata miejscu po smutek, bezradność, ale i pełen respekt przed naturą. Żeby się do końca obudzić, wolałem nie próżnować i porobić kilka rzeczy. Rozpaliłem ognisko, żeby troszkę wysuszyć buty, umyłem też wodery z błota i ziemi od środka i zewnątrz i nagle jakby ubyły dwa kilogramy. Co kilka minut lornetką sprawdzałem okolice i nagle minęła godzina. To była jedna z najpiękniejszych godzin w moim życiu. Czas budzić kolejną osobę i spać dalej - jak się okazało do 13... choć nie miało to dużego znaczenia skoro słońce świeciło nam 24h na dobę. 

No właśnie, to cholerne słońce. Ktoś by powiedział super, ale przez to że pogoda dalej nas "rozpieszczała", mieliśmy ogromnego pecha. Patrzę na niektóre osoby w krótkich rękawkach i nie wierzę...

Wszyscy mimo wart wyspaliśmy się jak trzeba, nagotowaliśmy wody na kolejne liofilizaty i herbatę, posprzątaliśmy po sobie, ruszyliśmy dalej. Po drodze padł pomysł, żeby może zamówić szybką łódź i dopłynąć do Colesbukty. Idąc dalej, przy jednym z kilku domków, które mijaliśmy wcześniej po drodze, zauważyliśmy człowieka. Od razu pomysł z łodzią wydał się bardziej realny. Jak się okazało, była to matka z córką i dwójką psów. Z rozmowy wynikło, że spędzają tu dwa tygodnie, po których odbierze ich znajoma. Niestety kobieta nie miała telefonu satelitarnego, ale nie był jej on potrzebny, bo jak powiedziała, godzinę drogi w kierunku Kapp Laila można było złapać zasięg i skontaktować się z każdym - czym prędzej tam podążyliśmy. Na miejscu zasięg nie porywał, ale udało się dodzwonić do kilku firm. Niestety nikt nie mógł nam pomóc, dopiero ostatni telefon dał nam nadzieję. Łódź była gotowa na wypłynięcie, mogła być za godzinę u nawet cena była atrakcyjna, bo tylko 7000 koron za 10 osób. Jednak jak to w życiu bywa, zawsze znajdzie się to ALE. Te wszystkie udogodnienia były dla nas możliwe, ale po drugiej stronie zatoki, której nie daliśmy rady pokonać, bo tam jest port. Niestety do Kapp Laila nikt nie przypłynie, ze względu na odpływ... Pierwszy przypływ, który pozwoliłby im dopłynąć do nas był o 17:30 dnia następnego, czyli za około 23 godziny. Moglibyśmy może poczekać, ale  następnego dnia o 11:45 odpływa Aurora z Barentsburga, którą przypłynęliśmy. Baliśmy się, że rezygnując z Aurory, finalnie nikt po nas nie przypłynie szybką łodzią i utkwimy z dala od cywilizacji na kolejne dni. Poza tym za dwa dni mieliśmy też opłacony rejs do Pyramiden. Bez entuzjazmu wybraliśmy powrót do Barentsburga i pewną opcje powrotu. Znając już trasę postanowiliśmy wprowadzić pewne zmiany, które miały nam ją ułatwić i przyspieszyć. Nigdzie nie odbijaliśmy tak jak wskazywała mapa tylko szliśmy prosto. Po około godzinie marszu, jedna z osób zaproponowała, żeby skorzystać z odpływu i pójść ile się da plażą wzdłuż klifów o wysokości od 5 do 10 metrów. Plusem była szybsza wędrówka po płaskim terenie, minusem ograniczona widoczność do obserwacji niedźwiedzi. Zaryzykowaliśmy i powędrowaliśmy plażą ile tylko się dało. Mieliśmy bardzo dobre tempo, zaczęły się pojawiać żarty, że zmęczeni po ponad 30 kilometrach przejdziemy następnego dnia kolejne 30 kilometrów w dużo lepszym czasie. Osobiście niepokoiła mnie myśl o pierwszej rzece z poprzedniego dnia, której przejście wtedy zabrało nam prawie dwie godziny. Zastanawiałem się czy wysoka temperatura nie sprawi, że jej poziom podniesie się do poziomu nie do przejścia... Wszyscy w dobrych humorach pokonywaliśmy sprawnie kilometr za kilometrem powoli zbliżając się do wspomnianej rzeki. Tempo mieliśmy tak dobre, że zastanawialiśmy się czy czasem nie uda nam się dojść na tyle szybko, żeby przed rejsem napić się piwka w kantynie. Docierając do rozlewiska mieliśmy misterny plan, żeby przejść je przy ujściu do fiordu. Zaledwie 10 metrów dzieliło nas od "autostrady" do Barentsburga, ale niestety ujście było i za głębokie i za grząskie, dlatego szybko odpuściliśmy i poszliśmy szukać lepszego miejsca. Jednak pierwsze co, to gołym okiem było widać, że poziom rzek wzrósł i miejsce, w którym pokonywaliśmy je wczoraj, dzisiaj wygląda całkowicie inaczej. Czas mijał, a my ciągle próbowaliśmy znaleźć odpowiednie miejsce. Cała sytuacja była o tyle patowa, że obie strony dzieliło około 150 metrów, a to co było po jednej stronie brzegu, po drugiej mogło być całkowicie inne. Główny nurt przebiegał w drugiej części delty i każda kolejna misja sprawdzenia czy da się ją przejść kończyła się niepowodzeniem. Podchodziło się te 150 metrów czyli prawie całą rzekę, żeby sprawdzić, że ostanie 5 metrów jest nie do przejścia. Atmosfera z każdą chwilą zaczęła spadać i zaczęliśmy sobie zdawać sprawę, że zostaliśmy odcięci z dwóch stron, od zatoki i od obecnej rzeki. Po kolejnej naradzie zdecydowaliśmy, że spróbujemy pójść w głąb doliny próbować minąć kilka dopływów, żeby potem spróbować przejść całość. Mijała czwarta godzina walki z rzeką... Szliśmy dalej brzegiem, który zamienił się we wzniesienie co pomogło nam oszacować możliwości przejścia. Widok był łamiący: przed nami ukazała się  szeroka i wartka rzeka. Jeszcze jedna dramatyczna próba przejścia w zasadzie tylko utwierdziła nas o feralnym położeniu. Oddaliliśmy się o 4 kilometry od fiordu i musieliśmy zadecydować co dalej, a była już blisko 4 nad ranem. Musieliśmy wracać do Kapp Laila, żeby jak najszybciej skontaktować się z Longyearbyen i zapewnić transport szybką łodzią - w tamtej chwili to była nasza jedyna szansa na uratowanie reszty wyjazdu. Ta decyzja totalnie podcięła nam skrzydła... Droga powrotna była mozolna, bagnista i dodatkowo musieliśmy iść momentami mocno pod górę. W pewnym momencie wyszliśmy na sporą górkę i ponownie nas osłupiło. Droga na skróty to jedno wielkie bagno, które na pierwszy rzut oka ciągnęło się kilka hektarów! Ponowny zwrot akcji: schodzimy z powrotem do brzegu rzeki i dochodzimy do fiordu. Ogromne wycieńczenie w połączeniu z kiepskimi humorami tworzyło już bardzo niemrawą atmosferę, dlatego ustaliliśmy, że przy plaży zrobimy dłuższą przerwę na obiad i odpoczynek, żeby nabrać siły na ostatnie 10 kilometrów do Kapp Laila. Zbliżała się 5 rano i jak się okazało była to godzina przypływu, która odebrała nam możliwość powrotu plażą. Wszystko było przeciwko nam... Wracając do Isfjordu zrobiło się nieco chłodniej. Patrzyłem na tą cholerną rzekę, a w zasadzie to ździrę (tak już nazywaliśmy ją całą ekipą) i w pewnej chwili dostrzegłem, że poziom wody troszkę się obniżył, rzeka była jakby spokojniejsza. Niemniej jednak nawet nie śmiałem o tym nikomu mówić, szkoda było poświęcać na to energii, a po za tym pewnie mi się tylko zdawało. Idziemy dalej, jedna z osób zarzuciła żartem "że może musimy rzece złożyć ofiary z woderów i wtedy nas przepuści" - na chwilę wrócił uśmiech na naszych buziach. Podniosły się małe rozmowy i kolega mówi do mnie w pewnym momencie "że wydaje mu się, że rzeka się uspokoiła". Przyznałem mu racje, ale we dwójkę szybko stwierdziliśmy, że nie ma co mówić o tym głośno i dawać reszcie nadzieję, która i tak po krótkiej chwili będzie jak kolejny gwóźdź. Słabniemy w oczach i trzeba zrobić wcześniejszy postój na obiadokolacje już gdziekolwiek. Mija chwila i kolejna osoba mówi, że delta wygląda inaczej niż trzy godziny temu. Już teraz wszyscy rozmawiamy, że gdyby teraz udało się pokonać rzekę to przy szybkim marszu jesteśmy w stanie być na 11 w Barentsburgu!! Tylko że nikt z chłopaków, którzy wcześniej sprawdzali wielokrotnie rzeki nie kwapił się do kolejnej próby, raczej byli pogodzeni z tym, że trzeba wracać do Kapp Laila. Ale nieoczekiwanie kobieca część ekipy zakomunikowała, że tym razem one pójdą sprawdzić ostatni raz. Trzeba było spróbować, bo być może teraz uda się pokonać deltę. Dziewczyny sprawnie ubrały wodery i ruszyły przed siebie. Początek poszedł gładko, dopiero druga faza miała dać odpowiedź. Odpuściłem sobie gotowanie wody na posiłek, stałem w bezruchu i po cichu liczyłem, że im się uda. Chwyciłem lornetkę po raz pierwszy na tym wyjeździe nie w celu obserwacji niedźwiedzia, a żeby spoglądać jak idzie koleżankom. Mijało 20 minut od momentu rozpoczęcia, widać było, że mają problem z ostatnimi metrami. Rozdzieliły się na cztery, każda próbowała w innym miejscu. Nagle usłyszeliśmy krzyki, przerażony odwróciłem się, bo byłem pewien, że którąś porwała rzeka. Spoglądam, a tam w oddali nasze dziewczyny cieszą się z przejścia!!!! Ależ to była radość :D Wszystko zaczęło się dziać szybko, dziewczyny wróciły do nas, dodatkowo zabrały jeszcze mnie i dwóch kolegów(jeden boso) do przejścia rzeki, cztery osoby zostały. Przejście w końcowej fazie było naprawdę trudne, trzeba było mieć doskonałą orientację w terenie, tym bardziej że po przejściu dziewczyny zostały na drugim brzegu, a ja z kolegą zabraliśmy resztę woderów i kijków, żeby wrócić po pozostałych. Zaczęło robić się znowu cieplej i momentalnie dało się odczuć, że poziom wody się podnosi i po chwili mieliśmy znowu problem, żeby bezpiecznie przejść najtrudniejszy odcinek. Po kilku minutach udało się i ile sił w nogach pokonywaliśmy dystans tak szybko jak się da by wrócić po chłopaków. Po drodze staram się zapamiętać drogę, żeby zwiększyć szansę na szybki powrót z pozostałymi. Chłopaki słysząc, że rzeka znowu szaleje, w błyskawicznym tempie ubrali wodery. Jeden się rozerwał, ale nie ma czasu na rozmyślanie, trzeba iść w takim jaki jest.

Nie zwlekając zmierzamy do dziewczyn, ponownie pierwszą fazę pokonujemy sprawnie i dalej zaczynają się schody. Człowiek nie zdaje sobie sprawy jak szybko mogą się zmienić warunki na rzece. Rozerwany woder kolegi staje się kotwicą, bo szybko nabiera wody co utrudnia mu marsz. 

Jakoś człapie, ale nadchodzi kluczowy moment dla wszystkich idących, bo woda jest coraz wyżej, wyżej niż kolana i niemal wdziera się do woderów. Z wielkim trudem nogi powstrzymują silny nurt rzeki. Ostatnia koleżanka już ledwo daje rade iść, ale ciągnę ja za rękę i po chwili wszyscy jesteśmy na drugim brzegu!!!!! :D

Zapanowała euforia, ale nie mogła ona długo trwać - najpierw szybka analiza trasy i pozostałego czasu. Wniosek że powinniśmy dać radę dotrzeć na miejsce, ale bez żadnej przerwy... Nie jest łatwe podjąć taką decyzję, gdy wszyscy jesteśmy już po 16 godzinach marszu. Przechodzenie przez rzekę dało nam dużego kopa, ale mimo totalnego zmęczenia szliśmy jak natchnieni. Każdą węższą czy szerszą rzeczkę pokonywaliśmy sprawnie jak nigdy. Było widać już zahartowanie i zwarcie w ekipie - to nie była ta sama drużyna, która 2 dni wcześniej przyjechała do Barentsburga. Mijaliśmy ciekawskie stada reniferów, które przez chwilę wędrowały w naszym kierunku, jakby chciały porozmawiać, po czym nagle uciekały. Pokonywaliśmy kolejne kilometry i nagle ktoś dostrzegł pierwsze budynki. Mieliśmy do nich ponad dwa kilometry, a potem już tylko "rzut beretem" do portu, dlatego marsz nie ustawał. Nie mogłem wyjść z podziwu jak wszyscy trzymają tempo, nikt nie odstawał. Nagle będąc jakieś 200 metrów przed pierwszym budynkiem i końcem drogi, zauważyliśmy żółty autobus jadący do ostatniej chaty. Dwie osoby wykrzesały z siebie ostatnie pokłady energii i zaczęły biec w jego stronę, a reszta machała kijkami trekingowymi - musiał nas widzieć. Byliśmy już 50 metrów od niego, kiedy otworzył drzwi wpuścił dwie osoby i momentalnie odjechał. Morale ponownie sięgnęły dna, byliśmy totalnie wyczerpani przez te 18 godzin wędrówki. Na chwilę przycupnęliśmy, zrobiło się błogo jednak musieliśmy iść dalej, bo za ponad 3 godziny miał odpłynąć statek Aurora.

 

Droga na którą tak czekaliśmy okazała się przekleństwem, bo ostatnie kilometry tundry naturalnie amortyzowały nasze stopy, a teraz przed nami było 6 kilometrów utwardzonej ziemi. Od razu było wiadomo, że będzie ciężko... każdy krok dosłownie bolał, nie dało się oszukać organizmu. Zbliżające się 70 kilometrów w dwa dni było czymś czego nasze stopy nam nie wybaczą. Rozmów było coraz to mniej, tylko co jakiś czas dla otuchy pojawiały się hasła typu "nasza golgota" albo częściej epitety pod adresem kierowcy żółtego busa. Jeszcze nigdy sam nie byłem tak wyczerpany i nigdy nie widziałem tak zmęczonych ludzi. W takich sytuacjach włączam sobie autopilot: zamyślam się nad różnymi sprawami i po prostu idę starając się nie czuć bólu.

 

Zostały dwa kilometry do portu. Za nami nadjeżdżają wielkie Kamazy z węglem, część ekipy nie daje już rady i zatrzymuje ciężarówki. Kierowcy niewiele pytając od razu zabierają pięć osób do centrum. Ponownie uruchamiam autopilot i idę przed siebie i tak już do końca, gdzie na mecie witają nas brawa i okrzyki pozostałej ekipy. Ponownie zapanowała radość, bo zrobiliśmy to: przeszliśmy 70 kilometrów w pierwszej Polskiej wyprawie z Barentsburga do Barentsburga. Uśmiechy i żarty na nowo zawitały wśród nas. Siedząc w porcie zauważyliśmy legendarnego kota, ponoć jedyny na Spitsbergenie (podobno wariat, bo atakuje psy :P ). Wraz z dwójką kolegów jakimś cudem znaleźliśmy resztki sił i poszliśmy poszukać sklepu, bo do odpłynięcia mieliśmy jeszcze ponad godzinę. Mogło być różnie, bo tego dnia była niedziela i nie wiadomo czy cokolwiek przed 11 będzie otwarte w tej obumarłej osadzie. Szukamy szukamy, a tu nagle kilku wesołych Rosjan stoi przed drzwiami jakiegoś lokalu. Jak się okazało była to kantyna, ale można było kupić co nieco. Fajny klimat miało to miejsce, ubolewaliśmy że nie mamy więcej czasu. Za to każdy kupił co najważniejsze, dużym zainteresowaniem cieszył się np. kotlet mielony w panierce z grzanek. Razem z chłopakami stwierdziliśmy, że mielony w tamtym momencie smakował jak najlepsze danie świata - aż się popłakałem z radości jedząc go :)

Na starcie rejsu mamy szczęście i obserwujemy płetwala karłowatego - dorosły osobnik osiąga nawet 5600 kg masy ciała. Świetnie było na niego popatrzeć. W ogóle niezapomnianym momentem wyjazdu była obserwacja dziko żyjących zwierząt: tego płetwala, lisów polarnych czy reniferów. Płynąc dalej część ekipy momentalnie zasypia, a część spogląda przez okna na naszą trasę. Prywatnie czuję niedosyt i wiem, że wrócę aby jeszcze raz się zmierzyć z naturą. Rejs minął szybko, równie sprawnie byliśmy na kempingu i już o 14 rozbijaliśmy namioty. Plan na następne 3 godziny był prosty: umyć się, zjeść, napić się pigwówki (kupionej jeszcze w Polsce), położyć się przed 17 i spać przez kolejne 13 godzin. Plan zrealizowany ;)

Nie pamiętam kiedy ostatni raz spałem tak długo i tak dobrze. Wybiła szósta rano - czas złożyć namiot i spakować się do plecaka na dwa dni, bo czas na rejs do Pyramiden. Zaprawieni w boju, szybko się spakowaliśmy, zjedliśmy coś ciepłego i po 8 ruszyliśmy busem na prom. Tym razem nie Aurora a mój ulubiony Henningsen: świetne jedzenie, szkocka z lodem z lodowca, zawsze uśmiechnięta załoga i pyszne gofry za 25NOK z brązowym serem. To wszystko powoduje, że rejs do Pyramiden jest najprzyjemniejszym momentem całej wycieczki. Kolejny atut Henningsena to fakt, iż płynie się wolno przez co jest bardzo dużo czasu do obserwacji flory i fauny: tym razem szczególną furorę robią urocze Maskonury. Czas mija na pogawędkach o naszej wykańczającej trasie i o tym co jeszcze przed nami. Krótko po tym przychodzi czas na obiad, a co w menu? Wieloryb, łosoś, świnka itd. wszystko w ramach ceny rejsu. Jeśli chodzi o smak to pierwsze miejsce zajął łosoś, drugie wieloryb, świnka zakończyła zawody na najniższym stopniu podium. Ledwo co pojedliśmy, a już nas wołali, żeby wyjść na pokład i podziwiać absolutnie fenomenalny lodowiec Nordenskiöldbreen. Aby ta wyjątkowa chwila zapadła jeszcze bardziej w pamięci, załoga wyjęła na stół wspomnianą whiskey, wyłowiła bryłę lodu i zaprosiła na drinka. Czuliśmy się wybornie, śmialiśmy się że brakuje tylko wieloryba, który przeskakiwałby naszą łódź.

Powoli żegnaliśmy się z lodowcem i dopływaliśmy do Pyramiden - jest to opuszczona w latach 60' rosyjska osada. Wygląda niesamowicie, niczym Prypeć, gdyż autentycznie stoją tam puste budynki, np. kino, sala gimnastyczna, szkoła, itp. Wycieczka z przewodnikiem to akurat słaby punkt pobytu tutaj, gdyż przewodnicy pokazują wszystko w ekspresowym tempie (60min). Tym razem było podobnie, przewodniczka pokazała nam z zewnątrz centrum osady oraz od wewnątrz dom kultury i kantynę po 5 minut... Zdecydowanie brakuje tutaj nieco więcej czasu i dlatego mając bagaż doświadczeń z poprzednich wypraw zaproponowałem nocleg na miejscu i powrót następnego dnia. Tak też zrobiliśmy i jako jedyni z wycieczki promowej zostaliśmy na miejscu.

W recepcji okazało się że jeden pokój jest nieopłacony, ale szybki telefon satelitarny do Barentsburga i wszystko się wyjaśniło. Tak - Pyramiden to miejsce totalnie odcięte od świata nie ma internetu, nie ma połączeń komórkowych. Latem można się tu dostać łodzią, a zimą skuterami śnieżnymi. Po chwili odpoczynku  wykupiliśmy wycieczkę po opuszczonych budynkach, ale zanim się ona zaczęła mieliśmy godzinę czasu wolnego. Spożytkowaliśmy ją wizycie w opuszczonym domu kultury, który w tym roku został odświeżony, a jedno z pomieszczeń zostało zaaranżowane na bar, w którym wypiliśmy sobie piwo ważone w Barentsburgu. Widok z okna na arktyczne pustkowia plus lokalne piwo to mieszanka istnie wybuchowa, nie chciało się opuszczać tego miejsca. Niestety dobijała 18, barman zamknął bar, a my zaczęliśmy odkrywanie kolejnych opuszczonych budynków, tym razem na spokojnie. Przewodniczka pokazała nam basen, budynek administracyjny i przedszkole. Każdy z budynków nas czymś zainteresował, a to basen z drewnianym wykończeniem, a to obrazki pomalowane przez dzieci, na których można było znaleźć Sowieta strzelającego do Nazisty. W budynku administracji, który mógłby być siedzibą KGB wszędzie leżały przeróżne akta, na ziemi, w biurkach, na szafkach i w koszach na śmieci. Tak jakby ktoś po prostu w wielkim pośpiechu opuszczał to miejsce. Do tego w innym pomieszczeniu wielkie konsole z mnóstwem przycisków, pancerne drzwi do jednego pomieszczenia, z którego było przejście przez kolejne pancerne drzwi do następnego, a tam znów akta. W takim miejscu wyobraźnia pracuje. Na końcu wszyscy chcieliśmy zobaczyć tajemniczy szpital do którego ponoć nikt nie zaglądał od ponad 20 lat. Niestety mimo naszych próśb sympatyczna Rosjanka nie mogła zrobić dla nas wyjątku :P

Było po 20, przed nami świadomość pierwszego noclegu pod dachem w pokoju z łazienką - luksus. Dodatkowo okazało się, że mamy kilka butelek nalewek, jakiś głośnik i świadomość, że następnego dnia mamy do pokonania tylko 10 kilometrowy spacerek. To znaczyło tylko jedno: pobiesiadowaliśmy do późna :D 

Rano pobudka, niektórym szło to lepiej niektórym gorzej, generalnie każdy miał chęć poleniuchować jak najdłużej :P Ale nie tym razem, bo mieliśmy w planach kolejny mocny punkt wyjazdu, a mianowicie wizytę w Polskiej stacji badawczej Petunia. Wędrówka do stacji była bardzo przyjemna w porównaniu do wcześniejszych przygód - już po półtorej godziny doszliśmy do stacji. Myślałem że będzie niewielka, a tu aż dwa budynki. Na zewnątrz już ktoś czekał, więc zaczęliśmy się witać, ale jakoś tak niezręcznie się zrobiło, bo bez odpowiedzi z drugiej strony. Okazało się, że byli to Czesi, którzy też mają tutaj swoją bazę, zatem podążyliśmy nieco dalej i tam już nas przywitali rodacy. Naukowcy z uniwersytety Adama Mickiewicza w Poznaniu zaprosili nas do środka na herbatkę i pieguski. Rozmowom nie było końca widać było, że kręcą nas podobne tematy. Dowiedzieliśmy się, że niedługo przed naszą wizytą, badacze z UAM mieli innego gościa, był niezapowiedziany i miał na sobie białe futro.

 

Przez dwa dni nasi gospodarze odganiali króla Arktyki. Praktycznie nic na niego nie działało, bardzo mu się spodobało Polsko-Czeskie towarzystwo :D Na całe szczęście dla niego, po pewnym czasie po prostu odszedł sam i nie wrócił. Fajnie się gadało, ale czas nas gonił i powoli było trzeba wracać do portu. Na sam koniec pamiątkowe zdjęcie i niedługie odprowadzenie naukowców w kierunku lodowca Svenbreen.

 Do portu doszliśmy sprawnie w godzinę przed odpłynięciem. Łódź już czekała więc, długo nie zastanawiając się wparowaliśmy do środka. Wypłynęliśmy punktualnie, niestety na powrocie nie ma już nic do przekąszenia, ale za to powrót jest nieco inną trasą i co jakiś czas przewodnik zaprasza na zewnątrz do podziwiania widoków. Jak dla mnie najpiękniejszym momentem powrotu z Pyramiden jest wpłynięcie do Skankbukty, cudownej zatoczki którą otaczają piękne góry.

Zbliżamy się Longyearbyen i mając w ręku lornetkę, po prawej stronie jesteśmy w stanie dostrzec mroczne Svenskhuset, chata w której w latach 1872-73 zginęło 17 mężczyzn w odstępie 4 miesięcy. Zachęcam do zapoznania się ze szczegółami, które zapewne znajdziecie po wpisaniu "Svenskhuset" u wujka Google. Do Longyearbyen dopływamy koło 19, gdzie od razu kierujemy się na szybkie zakupy w mieście i powrót na pole namiotowe, aby po raz ostatni rozbić namiot na 78 równoleżniku. W jadalni spotykamy  Martynę, rozmawiamy o naszych przygodach i o wcześniej wspomnianej kąpieli na golasa w Morzu Arktycznym. Każdy się tylko na siebie spoglądał i szukał wymówek, a może jutro, a może za rok teraz wieje i nie będzie przyjemnie. Martyna policzyła wszystkich uczestników w tym sezonie i powiedziała, że jeśli zrobimy to wszyscy, to Polska wskoczy na pierwsze miejsce, a Niemcy spadną na czwarte. W tamtym momencie nie potrzebowaliśmy więcej argumentów :D  Na początku chłopacy. Podchodzimy do plaży, wieje jak skurczybyk, a my musimy się rozebrać do rosołu i zanurzyć się po szyję w lodowatej wodzie. Jeszcze tylko ostatnia nadzieja, że to sen, uszczypnąłem się, ale niestety to prawda haha :D no to siup ubrania w dół i myk do Morza Arktycznego :D Aj aj aj aj aj aj zimnoooo jak cholera!! Człowiek chce szybko wyjść, a tu nie można, bo kamienie śliskie, więc trzeba powoli. Nagle po wyjściu z wody i założeniu bielizny, nie wiadomo dlaczego człowiekowi nie jest zimno - dziwne uczucie. Nie miej jednak długo nie zwlekając wróciliśmy do budynku i skorzystaliśmy z darmowego prysznica. Dodatkowo dostaliśmy po dyplomie. Chwilę po nas ruszyły dziewczyny i tym samym Polska wskoczyła na fotel lidera pod względem ilości golasów w lodowatej wodzie :D Oczywiście okazja wyjątkowa więc trzeba było wyjąć ostatnie zapasy nalewek i z radością opróżnić :D Długo to nie trwało, więc za niedługą chwilę poszliśmy spać :)

Ostatnia nasza pobudka, ostatnie śniadanie, ostatnie składanie namiotu. Niestety czas wracać, ale że do samolotu jeszcze 13 godzin to oczywiście w planie był treking do Breinosa i podziwianie lodowca Foxfonna

Wsiadamy do busa, mamy dziś do pokonania 20 kilometrów. Jest to niemal najdłuższy odcinek jaki można przejechać w Longyearbyen. Jedziemy wzdłuż doliny Advetndalen - niesamowita przestrzeń zachwyca. Po prawej stronie mijamy pozostałości po kopalniach. Jedyną działającą jest kopalnia numer 7, przejeżdżamy obok niej i docieramy wysoko do Eiscat (zespół trzech radarów, którymi bada się relacje między ziemią a słońcem), z którego rozpościera się cudowna panorama na trasę, którą przejechaliśmy. Żegnamy się z kierowcą, sporo śniegu dookoła, poprawiamy stuptuty i wio do góry. Zostało do pokonania zaledwie 8 kilometrów, jednak mokry i głęboki śnieg + luźne kamienie powodują, że idzie nam się najgorzej podczas całego pobytu. Pogoda zmienia się dynamicznie, mgła miesza się z nisko zawieszonymi chmurami i nie za bardzo jest co obserwować, więc maszerujemy dalej. Co jakiś czas napotykamy kopczyki, wzdłuż, których sprawnie docieramy na płaskowyż, z którego widoki są już lepsze. Czas na herbatkę i ostatnie przekąski, które uchowały się podczas wyjazdu. Humory dopisują, ekipa mocno zgrana, mam wrażenie jakbyśmy już byli na którymś wyjeździe z kolei. Wędrujemy dalej i po chwili dochodzimy do FoXfonny. Świetna panorama na lodowiec i dalszą część Adventdalen. Chciałoby się usiąść odpalić grilla i wypić piwko, pięknie jest tutaj. Chwilę jeszcze wędrujemy na granicy płaskowyżu spoglądając na lodowiec i wracamy do Eiscat. Powrót był dosyć upierdliwy, mokre buty i zmęczone nogi od latających kamieni - tak się z nami żegna Spitsbergen. Wracamy z naszym super kierowcą do centrum. Każdy załatwia swoje potrzeby, a to zimne piwko, a to pocztówka do Polski, a to oddanie broni. Szybko minęła godzina, a my ponownie siedzieliśmy w busie, tym razem ostatni raz. Pożegnaliśmy się z kierowcą i zeszliśmy do campingu. Mieliśmy jeszcze trzy godziny, każdy spędził je indywidualnie. Ja przez te trzy godziny zdążyłem: zjeść tuńczyka, zatruć się nim, zwrócić wszystko z całego dnia, zasnąć w namiocie, obudzić się 15 minut przed wyjściem na lotnisko, spakować się w 15 minut, nadać bagaż i wejść do samolotu. Końcówka marna dla mnie, ale to już koniec, jeszcze tylko 18 godzinna przesiadka w Oslo... ;)

Tyle się działo, wyjazd mega intensywny. Wypadałoby to jakoś podsumować:

Arktyka-Nieokiełznana i dzika. Ciągle zmienna, raz ciepła, raz zimna. Kiedy spojrzymy na Google Maps zdajemy sobie dopiero sprawę jak bardzo to miejsce jest oderwane od świata. Jeśli chcesz się przekonać, jaki masz charakter, to Spitsbergen da Ci odpowiedź. Włóż wygodne trekingowe buty, spakuj namiot, nie zapomnij o liofach i o czymś, co strzela. Bo jeśli nie zjedzą Cię arktyczne demony, to może to zrobić niedźwiedź. O globalnym ociepleniu nie muszę już więcej czytać, bo doświadczyłem go na własnej skórze. To tam je odczuć najpewniej. Spodziewałem się lodu, a przywitała mnie woda. I choć przeraża mnie ogień, którego tam nie było, to wciąż na samą myśl mi gorąco. Idąc tylko przed siebie, gdzie nie doświadczysz drogowskazu,p zdajesz się na intuicję i matkę naturę, która w swojej sposobności łagodna nie będzie... Nie tam. Morze, góry, lodowce, torfowiska, bagna, rzeki, rozlewiska i dzień polarny, który chwieje Twoim poczuciem czasu jak mroźny wiatr namiotem w nocy i za dnia. I nie licz na to, że będziesz spokojnie spać. Zmysły zagubione jak Ty pośrodku niczego i wszystkiego, z przemyśleniami o ciszy, przestrzeni, przemijaniu, kruchości człowieka. Na osłodę pozostaje Ci przetrwać i wspominać z dumą walkę ze swoimi słabościami z każdym kolejnym krokiem, który pokonasz. Na końcu uświadamiasz sobie, że ona taka dziewicza, nie da się podejść w taki prosty sposób, że trzeba się namęczyć, by z nią współgrać.

 

 

Kiedyś tam wrócę i spróbujemy jeszcze raz.

Twój wpis czeka na zatwierdzenie.

Prawdopodobnie pojawi się na stronie w przeciągu kolejnych kilku minut!

Dzięki za dodanie relacji!

Sprawdź teraz podgląd swojego wpisu.
Jeśli wszystko jest ok to kliknij przycisk opublikuj.
Zawsze też możesz poprawić coś w swojej relacji przechodząc do jej edycji.

Czy jesteś pewien, że chcesz usunąć ten wpis?

Czy na pewno chcesz usunąć swoje konto?
Wszystkie Twoje dane zostaną utracone.

Aby przejść dalej, uzupełnij swoje dane, by inni mogli się z Tobą skontaktować.

Adres Twojego profilu Facebook

jak znaleźć link na Androidzie:

jak znaleźć link na iOS:

jak znaleźć link na komputerze: